środa, 24 lipca 2013

Ósma część wrocławskiej opowieści


część ósma

Nim wstał świt, uczestnicy seansu spirytystycznego który zorganizowała hrabina von Pilsntz byli tyle samo zmęczeni, co podekscytowani jego wynikami. Siadając do okrągłego dębowego stołu nie spodziewali się że po kilku godzinach staną się świadkami niebezpiecznego eksperymentu. Pani domu od początku wydawała się nie obecna, pogrążona we własnych myślach zdawkowo uśmiechała się do przybyłych gości. Sprawiała wrażenie  jak gdyby każdy jej ruch krępowała plątanina bolesnych doświadczeń, cierpienia i wspomnień ludzi którzy stamtąd wrócili. Nawet dźwięki płynące zza uchylonego okna były dla niej zbyt wyraźne, każda najmniejsza zmiana tonacji wywoływała na jej ciele konwulsje, oraz coś co medycy szpitala klinicznego określali jako Incontinentia.
Właśnie w tej chwili ostry i przenikliwy krzyk z pobliskiego parku odbił się echem od szyb. Jak gdyby nóż z największym uporem rysował  metalową powierzchnię. Kobieca prośba o ratunek, wykrzyczana w najbardziej gardłowy sposób. Dziki pisk i nagle … cisza, urwana jak nić łącząca madagaskarskie koraliki w oknie Hrabiny. Trzej mężczyźni obecni w domu natychmiast, niejako na rozkaz zerwali się z foteli. Szybkim krokiem, uzbrojeni jedynie w mahoniowe laseczki wkroczyli niepewnie w spowity mrokiem las.
 Cienie drzew, oraz  księżyc ledwo dostrzegalny zza wysokich koron tworzyły swoistą grę. Leśne duchy, stwory i nimfy które na co dzień straszyły tylko dzieci w jednej chwili powstały z wilgotnego mchu i wolnym krokiem z zamkniętymi oczami były na wyciągnięcie ręki…
Carl od rana przeczuwał, że dzisiejszy dzień przyniesie niespotykany obrót spraw. Po skończonej pracy od razu udał się do domu, ostatnie osiem godzin zastanawiał się czym spowodowane jest to dziwne uczucie i metaliczny smak w ustach. Wielokrotnie spoglądał na Neudorf Strasse, jak gdyby szukając wytłumaczenia w kłębiących się chmurach i stalowym niebie. Pomyślał o Ritcie która wychodząc za niego wiele lat temu nie mogła przypuszczać, że ten sam człowiek któremu przysięgała wierność w kościele przy Schwentnigerstrasse, stanie się katem Breslau.
- Do diabła, już dawno nic mnie tak nie obezwładniało, czyżby to moi ostatni goście?
Tego dnia w udziale przypadło mu wyciągnięcie informacji od bardzo ważnego przedsiębiorcy pochodzenia żydowskiego. Normalnie w podobnej sytuacji, kierunek podróży podejrzanego był by jasno określony specjalnymi dyrektywami, jednak w tym przypadku Carl Heinrich choć by chciał, to  ani on ani jego zastępca Hubert Krieg nie mogli skorzystać z drastycznych metod, niezawodnych i niezwykle bolesnych. Krótki rozkaz zabraniał im tego ze względu na to, że więzień mógł bardzo dużo wiedzieć o konspiratorach zasłaniających się tajemniczym znakiem. Tych samych o których od miesiąca rozpisywały się gazety. Uzależniony od łaskawości przełożonych dzisiejszy „gość” brunatnego domu poznał już nie znających litości policjantów którzy prowadzili z nim rozmowę bardzo grzecznie jednak wystarczająco surowo, aby ich rozmówca w pełni pojął na czym polega powaga sytuacji i jakie zagrożenie niesie dla niego niechęć do przekazania kontaktów. Nawet jego szlachetne urodzenie nie mogło było by remedium w obliczu wypracowanych metod Huberta i Carla.
                Zamek w furcie kamienicy przy Sauerbrunnstrasse nr. 9 przekręcił się dwukrotnie, szybkim krokiem wszedł na drugie piętro, drzwi od mieszkania były otwarte. Błyskawicznie wszedł do środka rzucając czapkę i sięgając broni. Kontrola mieszkania na nic nie wskazywała, jedynie wazon w którym zawsze stały świeżo ścięte mieczyki stał pusty. Po chwili na klatce schodowej słychać było dudniące kroki zbiegającego mężczyzny.
                Rita Heinrich podobnie jak pozostali goście przybyli do hrabiny Marty von  Pilsnz zasiadła w przestronnej jadalni uroczego domku na wrocławskim Bischofswalde. Aromatyczna, wspaniała tybetańska herbata swą ostrością łagodziła nieco słodki smak konfitury pigwowej którą wraz z filiżankami podał niespełna pięć minut wcześniej kamerdyner. Oczekiwanie na mieszkającego nieopodal Dr. Ernsta Koeniga przedłużało nieco rozpoczęcie się umówionego seansu. Nie pozostawało wątpliwości, ze Doktor skrywający się w tak cudownym domu wie najwięcej o tajnikach metafizycznych podróży…

Dzisiejsze pytanie: Dlaczego Heinrich spoglądał w niebo przy Neudorf Strasse, oraz gdzie mieszkał długo oczekiwany Doktor Koenig, cóż niezwykłego było w jego domu ?

Bischofswalde to dzisiejszy Biskupin
Sauerbrunnstrasse nr.9 to ul. Kwaśna 9 we Wrocławiu

Odpowiedz na pytanie znał niezawodny Pan Paweł który tymi oto słowy odpowiedział:
"Dr. Ernst Koenig mieszkał przy współczesnej ulicy Witelona 9 (Wardein Strasse 9) w rezydencji z początku XX w w stylu śląskiego gotycko-renesansowego dworu
obronnego - połączenie baśni z rodzimą śląskością. Warte uwagi w budynku są: sgrafitto nad wejściem, bastejowa brama, zdobiona wieża ogrodowa.
A pytanie nr 1: cóż idąc za wzmianką u Krajewskiego być może patrzył na niebo na Neudorfstrasse z okna swojego biura w tzw. brunatnym domu. Choć szczerze nie jestem pewien czy o to chodzi. :-)"


Dokładnie tak!!! wspaniała okazła willa przy ul. Witelona 9 zasługuję na chwilę uwagi została zaprojektowana przez firmę Gebruder Wegener, w 2009 zakończył się remont willi, dzięki czemu odzyskała swój blask i jest jednym z obowiązkowych punktów wycieczek krajoznawczych po naszym pięknym mieście





 co do Brunatnego Domu, w którym odbywały się krwawe przesłuchania wspomina o nim w swoich pamiętnikach Walter Tausk w "Dżumie w mieście Breslau" napisał między innymi: dnia 03.04.1933 

(...) Wczoraj po południu i dzisiaj chrześcijanie opowiadali że na całym Śląsku bojkot (żydowskich sklepów) zmienił się w krwawe porachunki SA-manów. którzy otwarcie plądrowali, gwałcili, mścili się, Nie respektowano przy tym wcale rozkazów rządu i kierownictwa bojkotu. Oświadczono wręcz: "Sramy na to, co mówi rząd w Berlinie, robimy to, czego od nas wymaga nasze śllaskie kierownictwo"(...)
Patrole SA i SS przeszukują co lepsze kawiarnie i cukiernie i legitymują wszystkich gości. Tych co wyglądają na Żydów wyrzucają z lokali, tych co siedzą z Żydami a są chrześcijanami zabiera się do Brunatnego Domu przy Komandorskiej gdzie zostają "przesłuchani"(...)
Młodzi naziści, szwendajcy się dzisiaj "bez roboty" po ulicach. Margoniner jest handlarzem bydła. Uprowadzono go do Brunatnego Domu, bito go pałkami tak strasznie, że został okaleczony, ścięto mu włosy a na plecach wyciętoranę w kształcie swastyki, ranę natarto solą, włożono do niej ścięte przdtem włosy i zaszyto(...)



 

Wycieczka wrocławskich Argonautów na Rogozin, Różankę, Rosinthal, Rosenthal

Przy śpiewie ptaków, delikatnych powiewach czerwcowego wiatru dokładnie 30.06.2013 o godzinie 15 odbyła się kolejna wycieczka zapaleńców tym razem na Różankę, a właściwie do Rosenthal. Była to druga z cyklu wycieczka historyczna tropem dawnych śladów świetności rzadko odwiedzanych części Wrocławia. Spotkanie zostało zaplanowane w pobliżu Śluzy Różanka i od tego stopnia wodnego zaczęliśmy naszą eksplorację.
Jednak najpierw tytułem wstępu, o co chodzi z tą Różanką, dlaczego taka ukwiecona nazwa dla co by nie mówić mocno przemysłowej okolicy.
Wszystko zaczęło się gdzieś tak w roku 1264, czyli jak by nie było głębokie średniowiecze zapisało pierwsze zgłoski w tej malowniczej okolicy, ale czy na pewno dopiero w XIII stuleciu ludzie osiedlili się na północnym brzegu Odry to się jeszcze okaże.
Otóż pierwszym nominalnym władcą Różanki był nie kto inny a książe śląski Henryk który opędzlował Różankę dwóm Panom - Helwigowi z Bolesławca i Ditmarowi Ruthenusowi. Wówczas Rosinthal znajdował się pośrodku dóbr klasztoru Św. Wincentego na Ołbinie. Od tamtego zdarzenia nie minęło 75 lat a w okolicy w roku 1339 pojawił się nie kto inny a sam Kazimierz Wielki, który chcąc odbić z rąk Czechów Śląsk stanął u wrót Wrocławia. Co prawda ani pierwsza ani druga wyprawa wojenna się nie powiodła, jednak król Kazimierz odwiedził krainę różanych ogrodów, czym wpisał ją na karty historii mocnymi rycerskimi zgłoskami.
Zanim jednak wydarzenie to miało miejsce Różanka co rusz zmieniała właścicieli. Najciekawsza historia dotyczy jednak pewnego zapisu który sporządził w 1358 r. czyli 19 lat po wizycie króla, Franczko z Kłodzka, który to zapisał 3 łany różaneckie proboszczowi w Głuchołazach, jednak z tą klauzulą, że ten nie może przekazać nowej posiadłości osobie duchownej.
Z kronikarskiego obowiązku napisać trzeba że w XVIII w. w Różance były 42 gospodarstwa, dwór, folwark, szkoła, karczma i wiatrak który jak się później okaże kręcił się do lat 90-tych XXw. może nie dosłownie, jednak tradycja przerobu zbóż na mąkę trwale wpisała się w okolicę. W sumie Różanka jako osobny byt, gwarantowała wszystko czego ówcześni Ślązacy potrzebowali, wydaje mi się że współcześni też wiele więcej potrzebują ;-)
Największy rozwój Rosenthal przypada jednak na rok 1845 i właśnie zachowanych obiektów z końca XIX i początków XX szukaliśmy na rowerach trzymając w rękach stare zdjęcia i zimne napoje.


                                                                                                 fot. Wratislaviae Amici
I.
Na pierwszy ogień poszła Śluza Różanka i sąsiadujący z nią Most Osobowicki Północny. Rosenthaler Schleusse powstała w latach 1913-1917 równocześnie z II etapem kanalizacji Odry


o tym stopniu wodnym warto powiedzieć że pierwotnie był jazem kozłowo-iglicowym o zamknięciu wrót górnych segmentowych co decyduje o wręcz europejskiej niepowtarzalności obiektu. W tych pięknych okolicznościach przyrody, przy szumie Odry nieco uwagi poświęciliśmy na powstałe w latach 30-tych osiedle domków zamkniętych ulicami Łużycką, Czeską i Bułgarską, jednak to osiedle wymaga osobnego opracowania, co na pewno uczynię.
II
Zaledwie po kilu minutach znajdowaliśmy się już przy ulicy Na Polance gdzie rozpościera się osiedle wzniesione wg. projektu Lauterbacha w latach 1938-1939. Warto wspomnieć, że sam projektant mieszkał tam pod numerem 9. Osiedle Auf der Lichtung potrafi zauroczyć swoim modernistycznym czarem a same budynki wydają się do dziś niezwykle funkcjonalne, choć mocno zaniedbane.

                                                                                                                                     fot. Wratislaviae Amici

III
Skoro byliśmy już w pobliżu dawnego biegu kolejki wąskotorowej, sprawdziliśmy na starych zdjęciach układ torowiska oraz położenie stacji towarowej oraz pasażerskiej. Oczami wyobraźni suneliśmy wzdłuż dawnego torowiska, aż dojechaliśmy do skrzyżowania ullicy Kamieńskiego ze Żmigrodzką.

                                                                                                                                    fot. Wratislaviae Amici

IV
Przy Kamieńsiego w zaroślach odkryliśmy wolnostojący budyneczek, który obecnie jest domem jednorodzinnym poważnie zaniedbanym, jednak pamięta on jeszcze rozbawione okrzyki i głośne śpiewy gości którzy w restauracji Friedrichsruch przy kuflach od Kipkego i nalewkach od Schirdewana nie jedną spędzili noc

                                               
                                    

                                                                             fot. Wratislaviae Amici                              


V
I nie przeszkadzała im bliska obecność nekropolii parafii 11000 Dziewic którą to również odwiedziliśmy. Co prawda obecni to jeden z miejskich skwerów, jednak o cmentarnej przeszłości świadczą zabudowania pomocnicze znajdujące się w pobliżu


                                                                                                                       fot. Wratislaviae Amici


                                                                                                                             fot Rafał Włodarczyk


VI
Wracając na dawne tory wąskotorówki udaliśmy się do najbardziej okazałej budowli jaką stanwi kompleks dawnego Rosenthaler Muhle. Młyn Różanka powstały dzięki Arthurowi Baierowi wg. projektu Georga Hartmanna składa się z kilku budynków postawionych z czerwonej klinkerowej cegły. Silos zbożowy, młyn, spichlerz, oraz powstała w latach 1917-1918 wg. projektu Maxa Mathisa neobarokowa willa będąca siedzibą zarządu młynu - przykuły naszą uwagę na dłużej. Podobnie jak znajdujący się przy bramie wjazdowej jednoosobowy bunkier. Opuszczając zabudowania Młynu Różanka który stoi i powoduje nostalgię ruszyliśmy dalej - na ulicę Obornicką

                                                                                                                                                       fot. Rafał Włodarczyk


                                                                                                    fot. Breslau CV
VII
Ponieważ kolejnym etapem naszej podróży w przeszłość były zabudowania dawnej curkrowni. Założona w 1835r. przez Silbersteina jako fabryka cykorii został rozbudowana w latach 1889-1896. Po 18 latch w roku 1914 cukrownię strawił pożar, wymusiło to na właścicielach kolejne zmiany i modernizacje które ostatecznie skończyły się w roku 1935. Do zabudowań cukrowni należały także budynki mieszkalne stojące przy ulicy Bezpiecznej - trzy 2 kondygnacyjne oraz jeden 3 kondygnacyjny w których mieszkali pracownicy cukrowni. Na terenie zakładów znajdowały się bocznice kolejki wąskotorowej oraz normalnotorowej.
W cukrowni trochę nam grupa pobłądziła szukając dawnej świetności, jednak grupa pościgowa w osobie Pana Michała szybko odnalazła zguby ;-)


                                                                                                          fot. Wratislaiae Amici
                                                                                  

VIII
Z dawnej cukrowni już rzutem kamieniem było do jednostki woskowej obecnie Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych im. gen. Jakuba Jasińskiego. Tam prezentacja zdjęć Pana Miachała oraz krótka charakerystyka stacjonujących tam żołnierzy powoli kończyła naszą wycieczkę. Pozostał jeszcze smaczek na koniec, czyli znajdujące się przy ul. Czeskiej urządzenie służące przed 1945r. do powiadamiania Straży Pożarnej o niebezpieczeństwie.

                                                                                    fot. Rafał Włodarczyk

Wycieczka udana, Uczestnicy wspaniali. Super !!!

PS.
Po drodze zlokalizowaliśmy Sloss, dawne zabudowania folwarku na skrzyżowaniu obecnej ulicy Bałtyckiej i Żmigrodzkiej, oraz dogłębnie sprawdziliśmy układ ul. Obornickiej wraz z zachowanymi zabudowaniami



                                                                                                                                                                                           fot. Rafał Włodarczyk







                                                                                                                        

piątek, 19 lipca 2013

Część siódma wrocławskiej opowieści




część siódma


Miasto tego dnia wyglądało wspaniale, lipcowe słońce rozświetlało miejskie bulwary, a dostojne topole rzucały cień akurat tam gdzie mieszkańcy Breslau najczęściej umawiali się na filiżankę wybornej chińskiej herbaty.
Rozbawione dzieci, zupełnie nie świadome tego co dzieje się zaledwie kilkaset kilometrów od ich ukochanego podwórka, radośnie przyjmowały zwycięstwo małej Klary, obwieszczając to gromkimi brawami i głośnymi okrzykami. Toczenie tak ciężkiego przedmiotu jakim była felga od starego Opla było nie lada wyczynem  zwłaszcza, że wszyscy uczestnicy zabawy, nie licząc Fritza Heinricha mieli niespełna 10 lat. Sam Fritz ubrany w zupełnie nowe zielone spodnie na szerokich szelkach prezentował się nad wyraz efektownie. Był już na tyle duży, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby nie codzienny trud jego ojca, nie wyglądał by tak elegancko. Nie wiedział jednak, że gdyby nie setki złamanych ludzi w katowni Gestapo, być może nie miał by nowych spodni i pięknych pantofelków a ojciec na dobranoc opowiadał by mu o wspaniałych przygodach czerwonoskórych Indian w odległej Ameryce lub o polowaniu na tygrysy w Indyjskiej dżungli. Nie wiedział że gdyby nie zajęcie jakie z największą ochotą wykonywał Carl Heinrich być może ojciec nie żegnał by się z nim szyderczym uśmiechem.
Niestety atmosfera jaką wprowadzał w domu inspektor policji nie należała, ani do sielankowej – tak ukochanej przez twardogłowych władców, piewców nowego porządku, miłośników Wagnera i runicznych symboli. Nie była też miłosierna, jak życzyli by sobie tego duchowni z Parafii Św. Boromeusza przy Gabitzstrasse.
Nawet bliskość uroczego miejsca położonego zaledwie kilka kroków od  mieszkania rodziny Heinrich, nie mogła zmienić biegu historii i  wpłynąć kojąco na tego czterdziestoletniego inspektora policji w Breslau. Nic nie było w stanie zatrzymać tej piekielnej machiny, której Carl był maszynistą. Kolejne przesłuchania w związku z planowanym umsiedlung musiały odbywać się planowo. Wiedział że sommelstelle zostały już określone a podludzie jak określali swoich dawnych sąsiadów muszą jak najszybciej opuścić mury Breslau.
 Jednak dziś w ten piękny lipcowy poranek wychodząc jak co dzień z domu przy Sauerbrunnstrasse nr. 9 nie mógł przewidzieć, że dokładnie w tym samym momencie w odległym miejscu sennego miasta zapadła decyzja o jego dalszych losach. Że grupa ludzi szykuje się do kolejnej nocnej akcji w podziemiach rozpalonego letnim słońcem miasta.
Paul Stachowski wyszedł z domu na umówione spotkanie. Przywitał serdecznie starego przyjaciela, któremu nie tak dawno wraz ze swoimi ludźmi uratował życie w Zimpel.
- Mam nadzieję, że pozbierałeś się po ostatniej niezbyt przyjemnej jak sądzę  rozmowie z Sturmbannführerem Ernstem Kaufmannem ?
- ?! czyli ty… wiedziałeś kto chciał mnie zabić w sercu tej przeklętej okolicy?
- dlaczego od razu przeklętej? Jest tam bardzo wiele sprzyjających nam miejsc… i ludzi, dla których wojna i to co się dzieje od kilku lat jest czystym szaleństwem. Ludzi którzy  podobnie jak my znają na tę chorobę lekarstwo  - niezwykle skuteczne. Uśmiechnął się przy tym nieznacznie, Jednak uśmiech nie był manifestacją dobrego humoru. Był grymasem wskazującym raczej na cynizm jaki towarzyszył wypowiedzi tego potężnego mężczyzny. Paul zakręcił słusznej wielkości wąsa i dokończył zdanie.
- poznałeś już kilku moich przyjaciół, jest nas więcej.  Teraz kiedy zobaczyłeś moich chłopców w akcji są przed tobą dwa wyjścia, albo skończysz jak nieboszczyk Kaufmann albo poznasz ich nieco bliżej a może nawet się zaprzyjaźnisz, jest w śród nich podobnie jak ty miłośników twórczości Michała Bakunina. Jestem prawie pewien, że zarówno okoliczności w jakich się poznaliśmy wiele lat temu jak i brak interwencji twardogłowych dzisiejszej nocy powiększają twoje szanse na spokojny sen w uroczym mieszkanku przy Hobrecht Ufer pod numerem 16
-?! Znałeś bydlaka który chciał mnie zabić, wiesz gdzie mieszkam… co jeszcze? Nie krył po raz kolejny zdziwienia i po tym jak uświadomił sobie że wcale nie jest anonimowy w Breslau także oburzenia.
- Myślałeś że jesteś anonimowy? Zadał jedno pytanie stając się przez chwilę czarnoksiężnikiem czytającym w ludzkich myślach. To wykluczone, wiem że podobnie jak my jesteś żołnierzem armii tego świata, jesteś mięsem które zatruje ten organizm.
Nadchodzący patrol żandarmerii zakończył to emocjonujące powitanie. Paul dyskretnym ruchem ręki zarządził zmianę miejsca dalszej rozmowy. Po przebyciu sporej odległości, wkroczyli na uświęcony teren, przez chwilę musieli zmieszać się z tłumem udając żałobników na cmentarzu miejskim w Cosel.
Uroczystość pogrzebowa jakiejś młodej dziewczyny stała się powodem kolejnych rozważań na tematy metafizyczne dotyczące w głównej mierze egzystencji i  kruchości życia, szczególnie w tak niebezpiecznych czasach. Niepostrzeżenie mijając kondukt pogrzebowy zatrzymał się w pobliżu nagrobka stojącego na skraju 46 alejki, pochylił się aby odczytać niezbyt wyraźny napis,  kiedy z nienacka podszedł do niego elegancko ubrany mężczyzna i pewnie chwycił go za rękę, przybliżył się na tyle, że granica bezpieczeństwa jaką ma każdy człowiek została wielokrotnie przekroczona powiedział cicho ale bardzo wyraźnie
- Siegfried ! wróciłeś jednak aby ją pożegnać ? To ładny gest z twojej strony, jednak to zbyt mało żeby zmyć hańbę którą się okryłeś.
- Proszę mnie puścić, powiedział zdecydowanie. Musiał mnie pan z kimś pomylić, Nie mam na imię Siegried, w ogóle nie mam imienia.
Jednak coś było w tej pewności, czyżbym miał sobowtóra? W końcu takie rzeczy się zdarzają? Pomyślał

Dzisiejsze pytania dotyczą miejsca w którym inspektor mieszkał, na czym polegał jego urok, oraz o jakich „umsiedlung” wiedział i kogo dotyczyły oraz gdzie były znajdowały się wyznaczone „sommelstelle” ? Powodzenia !!!

czwartek, 18 lipca 2013

Wrocławskie zaułki


                                                                              ulica Złote Koło w okolicy skrzyżowania z Krupniczą
Wertując stare mapy i literaturę dotyczącą pochodzenia nazw ulic naszego pięknego miasta wpadłem, a właściwie zgubiłem się w jednym z tajemniczych miejsc...
a było to tak:

Kiedy w XIX wiecznym Breslau podjęto decyzję o zasypaniu fosy wewnętrznej dom Rybischa stracił nieco na malowniczości, bezpowrotnie skończyła się historia Młynu "Siedem Kół", no i Żydowscy kupcy przybywający do Pokoyhof przestali się już obawiać wrzucenia do Czarnej Oławy przez miejscowych chuliganów.
Po zasypaniu fosy, w dawnym korycie powstały uliczki i zaułki niezwykle malownicze ale jednocześnie okropnie prymitywne głównie za sprawą miejscowej zabudowy - domy najczęściej jeszcze średniowieczne z dobudówkami przybierały najrozmaitsze kształty, konstrukcyjnie również nie należały do najbezpieczniejszych, mieściły całe pokolenia najbiedniejszych Wrocławian. Oczywiście nie wyszystkie, okazała zabudowa Złotego Koła właściwie niczym nie różniła się od całych pierzei Przedmieścia Odrzańskiego i Oławskiego.

Myślę, że w tak znamienitym towarzystwie podczas naszej podróży w przeszłość do jądra Ziemi i własnej tożsamości wszyscy słyszeliście o Zaułku Kocim, Górce Kacerskiej, Zaułku Pokutniczym, Zamkowym, Ruskim, ulicy Złote Koło, Siedem Kół czy ulicy Karola.
Jest jednak jeden Zaułek który nie jest tak popularny jak pozostałe, nie muszę pisać że ślady po nim zostały znikome, jednak dla eksploratorów, drapiących farbę historii naszego miasta jego obecność jest na pewno istotna, a więc co to za Zaułek i gdzie występował ?

Na apel odpowiedział niezastąpiony Bączek oraz Wielceszanowny Pan Łukasz - Eksporator aż miło i tymi oto słowy dał mi lekcję pokory udzielając błyskotliwej odpowiedzi:

"Uff, dziś zdążyłem.
Po przeszukaniu książek z biblioteczki i zakamarków internetu, wydaje mi się, że jeszcze nie wymienionymi, który powstały w osi Czarnej Oławy, są: Zaułek Niski i Zaułek Drwalski. Stawiałbym jednak na ten drugi.
Pierwszy był równoległy do Zaułka Kociego, drugi był łącznikiem płn. części Bernardyńskiej i pl. Polskiego - jest teraz częścią A. F. Modrzewskiego."

Oczywiście odpowiedz okazała się poprawna, chociaż rumieniący się autor pytania miał na myśli inny zaułek, wciąż nie wymieniony, otóż zadając pytanie miałem na myśli Zaułek Rury, który to istniał w tym miejscu od Średniowiecza, jednak jak podaje Tomasz Kruszewski, od 1916r. nie miał nazwy. Był to bardzo wąski (jak rurka) przesmyk pomiędzy ul. Św Barbary i Nowym Światem, pomiędzy domami stojącymi przy ul. Św. Mikołaja 28/29 i 30, nazywał się Rohrgasse.




A teraz od początku...

Faktycznie do 1869 r. płynęła we Wrocławiu fosa wewnętrzna zwana "Czarną Oławą" 
                                                                                                                   Fotografia ze zbiorów Wratislaviae Amici


Wszystko zaczęło się jeszcze w XIII w. od przeniesienia ujścia Oławy do Odry. Dawniej obie Rzeki łączyły się nieopodal dawnej Rejencji czyli Zarządu Prowincji Śląskiej - obecnie w tym budynku znajduje się Muzeum Narodowe. Ujście Oławy przeniesiono w okolice Rakowca i Mostu Grunwaldzkiego.
Wewnętrzna fosa pełniła początkowo funkcję obronną. Nurt wody wykorzystany był jako naturalny napęd kół młyńskich w okolicach ul Janickiego i al. Słowackiego w Młynie Kacerskim oraz w okolicy pl. Bohaterów Getta w młynie „Siedem Kół”nieopodal budynku Biblioteki Uniwersyteckiej. Obecność „Czarnej Oławy wymusił również budowę przepraw, jedną z nich był Most Krupniczy, znajdujący się w miejscu dzisiejszych ulic W. Kraińskiego i J. Purkyniego. 

                                                                                                                                                            Fotografia ze zbiorów Wratislaviae Amici

Most „Pod zielonym Drzewem” w okolicy ul. Bł. Czesława

                                                                                                                                     Fotografia ze zbiorów Wratislaviae Amici

czy też dawny Most Oławski

                                                                                                                                                 Fotografia ze zbiorów Wratislaviae Amici

Jednak wraz z rozwojem miasta i powstaniem fosy zewnętrznej straciła „Czarna Oława” nieco na swoim militarnym charakterze, stając się po prostu miejskim ściekiem. Smród, choroby, epidemie i bezużyteczność dawnej fosy zaważyły na decyzji o jej zasypaniu.
Dawna fosa nie chciała jednak  odejść w zapomnienie – wszystkie uliczki i zaułki powstałe na jej dawnym biegu przypominały o latach świetności i wenecjańskiej malowniczości tej części miasta. 

Czarna Oława zmieniła wtedy nazwę, a jej dzieci, głównie dziewczynki - rodowite wrocławianki, do 1945 cieszyły oczy wrocławian. Tak oto w dawnym kanale powstały ulice i zaułki wymienione w pytaniu. Dzisiejszy przebieg trasy W-Z (wschód-zachód lub jak kto woli wstyd-zniszczenie) w pewnym stopniu przybliża bieg dawnej fosy i niestety tylko w części oddaje malowniczość zaułków i wąskich uliczek Breslau.
Klimat średniowiecznego Wrocławia i okolic dawnej Czarnej Oławy wciąż łatwo można odnaleźć spacerując ulicą Szajnochy, Psie Budy, Ofiar Oświęcimskich, zachowały one podobną szerokość co wspomniana ulica Złote Koło, Zaułek Ruski, czy też ulica Siedem Kół

piątek, 12 lipca 2013

Szósta część opowieści wrocławskiej

część szósta

… Nie było czasu na myślenie, miejsce drugiego spotkania zostało  jasno określone podczas zdawkowej, wręcz lakonicznej rozmowy. Tak na prawdę nie miał na to żadnego wpływu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że  aby uzyskać brakujące informacje musiał dostać się do Zimpel. Pamiętał wciąż przestrogę jaką usłyszał błądząc ledwo żywy po nieznanych ulicach Breslau. Ostrzeżenie, które jak mantra wracało do niego do lat.
„Strzeż się orła, jedynie lwu możesz zaufać”
Pomimo złych przeczuć które nie opuszczały go od kilku dni jednym z Breslau Straßenbahnen udał się w podróż która mogła być jego ostatnią. 
Brak świadków, brak świateł, nikłe szanse ucieczki w razie kontroli dokumentów. Te trzy myśli zajmowały  całą jego uwagę. Nie zauważył nawet mijanej po lewej stronie dostojnej Jahrhunderthalle, której ekspresjonistyczna bryła przykuwała uwagę wszystkich, zarówno mieszkających tu od urodzenia Breslauerów, jak i przyjezdnych turystów. Pewnie gdyby odwrócił na chwilę wzrok, zobaczyłby, że także i to miejsce nie uniknęło nachalnej, wszechobecnej manifestacji jedności NSDAP. Czarne krzyże przekrzywione złowrogo stały się od wielu lat jedynym symbolem dla wszystkich niemieckich miast. 
W sercu orła przy Kreuzhschnabelweg w cieniu wieży Gustav Adolf Gedächtniskirche czekał na niego starszy mężczyzna, ten sam który podczas ostatniej rozmowy w cieniu dębów w pobliżu miejskiej fosy, opowiedział o początkach powstania złowrogiej grupy czcicieli demona. 
Nienagannie ubrany starszy pan, średniego wzrostu o bardzo przyjemnej aparycji i nad wyraz uważnym spojrzeniu, stał lekko oparty o hebanową laseczkę w doskonale skrojonym garniturze.  Stojąc tak w markowym kapeluszu, był żywym, namacalnym wspomnieniem czasów, kiedy wartość intelektualna wykonywanej pracy przenosiła się na status ekonomiczny, a spokój i możliwość twórczego myślenia nie były zaprzęgnięte w tryby machiny wojennej. 
- Prawdziwa rzadkość w tych trudnych czasach,  pomyślał spoglądając na doskonały zegarek kopertowy rozmówcy.
Starszy człowiek  podobnie jak ostatnio,  bardzo ostrożnie dobierając słowa, nieśpiesznie i właściwie ledwo słyszalnie powiedział mu coś, co stanowiło raczej rebus niż jasną instrukcję, wyraził się jednak dostatecznie zrozumiale, przynajmniej na tyle, że krótka charakterystyka miejsc, osób i wydarzeń z przeszłości były dla niego czytelne. Ostatnie zdanie jakie zawisło pomiędzy rozmówcami było podczas tego spotkania najważniejsze.
- czas bywa złośliwy, przeznaczenie nie wybacza pomyłki, Oni  o tym wiedzą, dlatego pośpiech jaki ostatnimi zaczyna wyznaczać rytm ich działań może być dla nas wybawieniem. Pamiętaj, symbole ukryte w mieście – w różnych jego częściach, pozornie upiększają bezbarwne ulice są częścią pewnej całości,  przechodzień zajęty własnymi myślami często nie zwróci na nie uwagi
- jakie to symbole?! przerwał mu niecierpliwie, wyczuwając podskórnie że nagła zmiana pogody, szczególnie w tym miejscu nie zwiastuje nic dobrego.
- miarą przyzwoitości, nawet w tak skłębionych i pokrzywionych czasach jest szacunek którym matuzalem chroniony jest przez swego młodszego adwersarza przed przekrzywieniem optyki oglądu i interpretacji odwiecznych zasad, także i w tym przypadku mój drogi synu, proszę o cierpliwość.
Pierwszy raz zwrócił się do niego z taką czułością, być może była to tylko forma, pewien ciepły sposób prowadzenia rozmowy, jednak efekt jaki starszy mężczyzna osiągnął był z miejsca wyczuwalny. Cisza, którą przecinały jedynie z dala dobiegające odgłosy miasta.
                - najczęściej zwierzęta, ale pojawiają się również bardziej zamaskowane znaki których odczytanie jest jak wertowanie stron najlepszego przewodnika. Jednak aby czytelność zapisu mogła podpowiedzieć kierunek marszu, niezbędnym jest posiadanie busoli.
- Trafne porównanie, pomyślał, setki razy korzystał z niezmiennie skutecznych przyrządów nawigacyjnych podczas swych dalekomorskich podróży.
                - niedaleko stąd, wśród elfów i wróżek, pozornie nic nie znaczący owad przybrał znaczenie mistyczne dla grupy której szukasz. Układ skrzydeł, podział korpusu, nawet ilość kończyn są nie bez znaczenia, ważna jest również data oraz wcześniejszy zapis znajdujący się na kracie.
- co to za owad ?
- Biene
- czy są jakieś inne zwierzęta?
- o tak, cała rzesza małych niepozornych istotek niosących straszne treści
Rozmowa skończyła się nagle, jednak pożegnanie było równie ciepłe co powitanie, zachowało jednocześnie znamiona dystansu, jaki panuje zawsze pomiędzy ledwo poznanymi osobami.
Nagły wiatr, który zerwał się przed chwilą dopełnił intensywny deszcz, podnosząc  atmosferę tajemniczości do rangi wypełniającej się przepowiedni o śmiertelnym zagrożeniu, jakie niesie orzeł.
-  Ausgang !!! usłyszał zza pleców głośny chrapliwy krzyk. Obrócił się przez ramię, tuż za nim stał barczysty mężczyzna, sylwetką przypominający złotego medalistę Igrzysk Olimpijskich z roku 32. Twarz jednak i ogólne wrażenie jakie sprawiał przyniosły mu na myśl dobermana, czystej krwi rasowego mordercę.
Właśnie teraz, w ułamku sekundy  zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie zetknął się z tak intensywną głębią czerni. Mundur Sturmbannführera rozświetlały dwie błyskawice, które w swej runiczności dla niego oznaczały jedno – śmierć. Krzyż wpisany w tą ulicę w sercu orła stanie się moją predystynacją pomyślał w duchu, szczególnie teraz, w obecności Sturmbannführera, Hauptsturmführera i dwóch Sturmmannów wiedział że żaden skuteczny unik nie wchodzi w grę. Podał dokumenty zezwalające na przebywanie o tej porze na ulicy.
- Masz nas za idiotów? Wszystko jasne, nie będziemy tobą zaprzątać głów urzędasów z Neue Graupenstrasse.
Z kabury wyciągnął parabellum, wycelował prosto w serce, zanim jednak nacisnął spust, spojrzał w górę, tak jak by czegoś przestraszył lub usłyszał  nad głową trzepotanie skrzydeł. 
Ta chwila nieuwagi Sturmbannführera okazała się dla niego zbawienna. Z nocy i mgły Zimpel wyłoniła się postać rosłego mężczyzny z charakterystycznym wąsem. W oczach nie było nic prócz krwi. Na chodniku nie było nic prócz krwi, w której skąpani leżeli SS-mani. Leżeli rozpłatani, jedni z przerażeniem, inni ze zdziwieniem wypisanym na twarzy. Stachowsky wraz ze swoimi kompanami kończyli dzieło, umieszczając na ciałach zaszlachtowanych SS-manów znany z nagłówków gazet napis.
- Poznaj mojego przyjaciela Kurt Löwe, to on ocalił ci życie
- A więc jednak – powiedział ściszonym tonem
- Co mówiłeś ? niezbyt dobrze słyszałem- zapytał Stachowsky
- Nic, nic, dziękuję wam... za wszystko, odparł

Tym razem pytanie było proste: o jakim owadzie mówił starszy człowiek, gdzie się znajduje ? 

                                                                                           fot. Wratislaviae Amici - użytkownik PP

oczywiście pszczółka o której była mowa znajduje się na Biskupinie, przy ul. Olszewskiego 69. Budynku wielorodzinnym za którego w tej części odpowiadał Alfred Hinderlich. Biene znajduje się na kracie dawnej Kasy Oszczędności, napisy po lewej i prawej stronie to ANNO 1936, jakie mają znaczenie dla naszej opowieści zobaczymy


środa, 10 lipca 2013

Wrocławski Rzezimieszek



Są miejsca i postaci które czasami niepozornie się uzupełniają, dopowiadają pewną miejską legendę. Podobnie było i tym razem, dlatego 03.02.2013 pojawiło się takie oto pytanie:


Co i dlaczego ma wspólnego, rzeźnik z łąką pijaków i ulicą Sokolniczą we Wrocławiu ?. Dodam, że jak zwykle w tego typu historiach ma swój udział ówczesne duchowieństwo...

Pytanie miało także swój wstęp, wiadomo jak to w bajkach, tylko, że tym razem to nie była bajka:

Dawno dawno temu nie tylko Nowy Jork miał swoje gangi, W mglistym Breslau setki lat temu stupięćdziesięciu uzbrojonych drani pod rozkazami pewnego rzeźnika zaszlachtowało naprawdę sporo bogaczy zabierając im kosztowności...
Setki lat temu potomkowie krwawej bandy w Breslau już na nikogo nie napadali, oddawali się miłości swojego życia - destylatowi robionemu na prędce Z pijakami nie można było sobie poradzić banda była do tego stopnia niesforna, że aby się jej pozbyć trzeba było wykarczować całą łąkę na której się spotykali. Sama łąka wzbudzała jeszcze inne emocje wśród wrocławskich notabli...
Jest wreszcie we Wrocławiu ulica Sokolnicza...



A teraz rozwiązanie: 

Dawno dawno temu wrocławski biskup Franciszek Ludwik Neuburg który w 1683 roku, w wieku 19-tu lat został Biskupem Wrocławskim,  zbudował sobie na Popowicach pałacyk, wiadomo, młodość ma prawo do fantazji, a że sam Biskup pochodził z książęcej rodziny to i z groszem się nie liczył. W końcu to właśnie jego siostra Eleonora została żoną cesarza Leopolda I. Po latach Biskup przestał się interesować swoją posiadłością a sam pałacyk popadł w ruinę, stając się siedzibą innego znanego wrocławianina - "Buthera" z Breslau któremu na imię było Manduba - nie był on zwykłym bandziorem. Raz, że był rzeźnikiem a dwa, że bezwzględny był w stosunku do bogaczy których zabijał i grabił w sposób niebywały, jest jednak element romantyczny w całej tej opowieści, Manduba dzielił się łupami z biedotą wrocławską, której na każdej ulicy nie brakowało. 
Nie wiadomo z jakich powodów Manduba został zabity przez swoich kompanów. Wiadomo, że pochowali go na Dąbiu, dlaczego tak daleko? - nie wiadomo. 
W końcu z Popowic na Dąbie ładny kawałek, może nie chcieli aby prosty lud go czcił jako bohatera, może chcieli żeby pamięć o nim zaginęła. 
Wcześniej jednak nasz rzezimieszek próbował sobie ustatkować życie, żeniąc się z pewną młodą panną  która mieszkała na Rakowcu. Manduba słowem nie pisnął o swojej profesji, jednak wiadomo - kłamstwo ma krótkie nogi i krwawa przeszłość pana młodego ujrzała światło dzienne. Młodej żonie świat się zawalił i blisko nie postradała zmysłów, w tym samym czasie okazało się że nowożeńcy spodziewają się dziecka a i uciec z domu niewoli nie miała jak, bezwzględni kamraci "Butchera z Breslau" pilnowali pięknej żony i młodej córeczki Marysi. Czternaście lat trwała ta udręka, prześladowania, szykany, strach i bezsilność matki i córki. W końcu o nieszczęściu dowiedział się dzielny brat Pani Mandubowej. Postanowił wyrwać ją z więzienia, rozgorzała bitwa, zażarta, bezlitosna, zwycięzcą mógł być tylko jeden człowiek, niestety nie było happy endu. Brat pięknej "Isaury" zginął, siostra gdy tylko się o tym dowiedziała popełniła samobójstwo a młoda Marysia uciekła. Od tego czasu wrocławski Rakowiec nosił imię nieszczęśliwej Marysi. Marianowo, Marienau a póżniej Morgenau taką ma właśnie historię 




Na Popowicach skąd Manduba rozpoczął swój marsz, leżała wspomniana łąka pijaków. Z powodu częstych awantur w tej okolicy, jakich dopuszczali się miłośnicy wysokich procentów i niemocy z poradzeniem sobie z zaistniałą sytuacją, łąka została wykarczowana, koniec kropka. 
Ta sama łąka określana przez miejscowych jako Zankholwiese była kością niezgody pomiędzy mieszkańcami gminy Popowice i Wrocławiem. Po stu latach, pod koniec XVIII wieku została przyłączona do Breslau. 
W końcu inna popowicka łąka miała w XIX wieku nowego patrona, tego samego którego dotyczy ulica Sokolnicza czyli Friedricha Ludwiga Jahna. Popowicka łąka czyli Jahnwiese była miejscem stworzonym do uprawiania gimnastyki, czy jak kto woli ćwiczeń fizycznych których to właśnie ojczulek Jahn był propagatorem i wynalazcą. Pamiątkowy kamień łąki Jahna do dzisiaj na Popowicach można znaleźć. 



Sam Friedrich Ludwig Jahn urodził się w 1778,  po tym jak przeżył 74 lata zmarł zostawiając po sobie coś co obecnie określa się jako WF, czyli wychowanie fizyczne - system treningowy, przeznaczony i dedykowany głównie młodzieży, co prawda czystego sumienia Friedrich nie miał, bo swego czasu swoją naukę zaadoptował na potrzeby polityczne w sposób znany póżniej z lat 30-tych XX wieku. Przez pewien czas związany był z korpusem Lützowa, szkoląc młodych silnych zdrowych pruskich nacjonalistów.




W latach 1945 - 1948 ulica Sokolnicza była samozwańczo nazywana przez nowych wrocławian ulicą Jana, biedni przesiedleńcy nie znali genezy tej nazwy, podobnie jak mieszkańcy ulicy Modrej z wrocławskiego Kozanowa, ale o tym innym razem...
Wspomniana sporna łąka znajdowała się nie opodal Grobli Kozanowskiej. 

Tak więc wszystkie tropy zimowego konkursu przywiozły nas na Popowice, które podobnie jak Kozanów mają do zaproponowania dużo więcej niż tylko bloki z wielkiej płyty, sam Manduba i jego dzieje spokojnie mogły by stać się kanwą scenariusza do nie jednego filmu.