czwartek, 28 listopada 2013
Dwudziesta czwarta część wrocławskiej opowieści
dwudziesta czwarta część
Lektura dziennika okazała się bardziej pasjonująca niż mógł to wcześniej przypuszczać. Kolejne strony w magiczny sposób przeniosły go do wioski wojowniczego plemienia rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu, wprost nad brzeg rozległego Jeziora Wikoria. Wioska składająca się z kilku chat posiadała pewną tajemnicę skrzętnie skrywaną przed białymi. Wojownicy w zasadzie niczym nie różnili się od innych znanych mu podobnych pierwotnych bojowników, natomiast szaman - postać bardzo tajemnicza, zarówno w obyciu jak i gestach wykazywał dalece idącą ostrożność. Praca badawcza niemieckich i angielskich naukowców postępowała powoli i trzeba było niemałego sprytu, żeby wkraść się w łaski plemienia którego niekwestionowanym władcą był niski, muskularny Nymubtu.
Szczególną uwagę skupiały marginesy dziennika, które były zapisane późniejszymi spostrzeżeniami naukowca, najpewniej dopisanymi nieco później. Rzucały nowe światło na wydarzenia sprzed dwudziestu czterech lat. Bogate opisy praktyk szamańskich, odręczne rysunki, oraz zapisy fonetyczne zaklęć i rozkazów miały z pewnością posłużyć w przyszłości głębszej analizie. Nie wykluczone, że analiza ta już została zrobiona, a sam naukowiec odkrył plemienny sekret.
Wstał powoli z fotela, wciąż słysząc nawoływania i głębokie dudnienie afrykańskich bębnów, rozejrzał się po mieszkaniu. Z gabinetem sąsiadował niewielki korytarz, po drugiej stronie którego była sypialnia i kuchnia. Poczuł nagle nieprzyjemną suchość w ustach i głód który coraz mocniej dawał o sobie znać. Zagotował wodę jednocześnie szukając herbaty i czegoś do jedzenia. Zamiast tego odkrył przedziwną kolekcję malutkich figurek wyrzeźbionych w kości słoniowej. Postanowił przyjrzeć się im później. Teraz ważniejszy był żołądek który zaczął naśladować króla afrykańskiej sawanny wydając pomruki i głośniejsze burczenia upominając się o cokolwiek.
Czas szybko mijał, dopiero teraz zorientował się jak bardzo zatracił się w lekturze. Nigdzie się nie śpieszył i miał dziwne wrażenie, że tajne mieszkanie przewodnika - jak zaczął określać starego naukowca było bezpieczne.
Podszedł do okna, ostrożnie rozchylając zasłony zerkał ukradkiem na pustą ulicę. Głęboka spokojna noc zatopiona w idealnej ciszy potwierdziły tylko przeczucia. Wiedział że ma bardzo dużo czasu, na to by móc bez przeszkód wkraść się w życie człowieka o którym nic nie wiedział a który fascynował go coraz bardziej.
"Jezioro Wiktoria 28.11.1920r
w ekstatycznym uniesieniu szaman wydobył z przytroczonego do pasa woreczka jakieś nieznane zioła. Energicznym rzutem cisnął garść w ognisko. Zapanowała trudna do opisania cisza, trwała może minutę, po czym rozpoczął się dziwny obłąkany taniec mistrza ceremonii. Wtórowali mu wojownicy wybijając szybki pełen dzikich dźwięków rytm. W kulminacyjnym momencie szaman wlepił matowy wzrok w nas, krzyknął coś niezrozumiale i ni stąd ni zowąd wydobył miniaturowe czaszki ludzkie. Uniósł je ku górze i bardzo delikatnie położył przed sobą na ziemi. Rozpoczęło się jak gdyby wyliczanie. Wskazując to na siebie to na wojowników starał się do czegoś przekonać. "
Obrzędy, magiczne znaki, wyobrażenia zwierząt, oraz określone rytuały zajmowały w obserwacjach bardzo wiele miejsca. Czas spędzony w Afryce podzielony najwyraźniej był pomiędzy pracę antropologiczną i etnograficzną. Przeczytał jeszcze raz ostatnią stronę, i jeszcze raz i jeszcze raz
- Chwilę... powiedział sam do siebie. - Czyżby miało to oznaczać...? Tak! nie mogę się mylić. Nagłe olśnienie spłynęło na niego jak fala łaskawości. Synapsy poznania połączyły się w odpowiednim czasie, lepiąc z gliny myśl przewodnią, jutrzenkę i przebudzenie. Teraz wiedział już czego szukać, znał kod, tajny szyfr dostępu.
- Pewne dlatego kazał mi tu przyjść, pomyślał. Wyciągnął czystą kartkę papieru i pióro, które miało mu odtąd towarzyszyć przez wiele dni.
Tym czasem w odległym Cosel grupa kilku mężczyzn wracała z nocnego wypadu. Był wśród nich człowiek o obfitym wąsie i spojrzeniu nie znającym litości dla wrogów. Tym razem łupem padło czterech czarnych gwardzistów. Już nigdy nie napiszą listu z pola bitwy, nigdy też nie powiedzą ani słowa. Od tej feralnej nocy ich życie przeniesie się do znanego w Breslau zakładu dla obłąkanych...
- Paul podejdź bliżej, powiedział ściszonym głosem jeden z nich
- Co jest?
- Nie jestem pewien, wygląda jak koperta, ale jakaś taka malutka, i właśnie tu?
- Pokaż, powiedział Paul. - Faktycznie mała ta koperta, może wypadła małemu listonoszowi, uśmiechnął się do siebie
Podniósł zawiniątko i schował do wewnętrznej kieszeni swojej czarnej skórzanej kurtki...
poniedziałek, 18 listopada 2013
Dwudziesta trzecia część wrocławskiej opowieści
część dwudziesta trzecia
... dobrze wiedział, że jedynym warunkiem zgubienia ewentualnego pościgu jest przeczekanie, najlepiej w najmniej oczywistym miejscu. Zasada że najciemniej jest pod latarnią wiele razy sprawdzała się w niebezpiecznych okolicznościach. Wybrał najbliższą bramę. Drzwi były otwarte, a nocny stróż najprawdopodobniej spał w najlepsze. Pierwsze piętro i nić drewnianych schodów, drugie piętro i lakierowana balustrada. Stał nieruchomo starając się cicho oddychać, jednak wspomnienie niedawnych przeżyć powodowały szybkie i głośne kołatanie serca.
- spokój! powiedział ściszonym głosem. Był w podobnych opresjach nie jeden raz, jednak nigdy aż tak mocno ich nie przeżywał, być może jest to zapowiedz czegoś więcej? pomyślał
Dyskretnie zerkał na ulicę jednocześnie nasłuchując czy nieproszeni goście nie zamierzają złożyć mu niespodziewanej wizyty. Ulica wydawała się być pusta, uśpiona w nocnym letargu po całodniowej harówce.
- czyżby nikt nie usłyszał strzału? żadne okno nie zapaliło się elektrycznym stuwatowym światłem, pomyślał, - żadnego patrolu, podniesionych głosów, wzywania pomocy?
Czujność i doświadczenie podpowiadały mu żeby tym bardziej wzmóc ostrożność. Dyskretnie raz jeszcze zerknął przez szerokie okno obszernego wspólnego korytarza. Nikogo nie było, nikt nie chciał go zaaresztować, zadenuncjować a tym bardziej zabić.
Powoli zszedł nasłuchując każdego szmeru. Przez otwarte drzwi wdarło się mroźne jesienne powietrze. Ożywczy wiatr owiał głowę, pomagając myślom uporządkować kolejność wystąpień. Poprawił płaszcz, zupełnie tak, jak gdyby osmolona dziura była tylko śladem przypalonego żelazka, nasunął na czoło kapelusz i wyszedł, nie zwracając tym razem uwagi na nikogo. Zupełnie normalnie wyglądający przechodzień z dziurą w płaszczu. Kluczył ulicami nieznanej części miasta, przechodził place i skwery, aż dotarł do rozwidlenia dróg, gdzie po prawej stronie rysował się gmach koszar wojskowych. Nadmierne ryzyko mogło kosztować go życie, więc bez zbędnych rozważań obrał odwrotny kierunek, tym razem przechodząc w pobliżu okazałego gmachu jakiegoś urzędu. Po godzinnym marszu, stanął w końcu i kryjąc swój cień za rozłożystym drzewem wyciągnął zawiniątko w którym ukryte były klucze wyciągnięte ze skrytki. Na dołączonej do nich karteczce drobnym drukiem zapisany był adres
- wiem gdzie to jest, byłem tam nie raz, pomyślał...
Nic nie mogło go zatrzymać, nawet patrol z dziwnie znajomymi żołnierzami nie był wystarczającą zaporą. Ściskając rękojeść rewolweru, modlił się w duchu aby nie musiał go użyć. Po krótkiej rutynowej rozmowie na odczepnego okazał im dokumenty i lakonicznie bez specjalnego zaangażowania rzucił, że śpieszy się do ukochanej.
Młody oficer w przypływie solidarności zdobywców niewieścich serc, życzył mu powodzenia, obdarzając swojego rozmówcę dwuznacznym uśmiechem. Prosty wykręt przypomniał mu spotkania i spacery po nadodrzańskich uroczych ścieżynkach. Pełne rosy, oczekiwania i brzęczących owadów, długie rozmowy. Nić porozumienia coraz silniej wiążąca dwoje nieznanych ludzi w środku obcego miasta. Ufał, że i tym razem uda się odbudować więź tak kruchą i ulotną. Od ostatniego spotkania minęło wiele czasu, zbyt wiele, pomyślał. Jednak wojna, w tak szczególnym dla niego momencie pochłaniała każdy promyk słońca, wcześniej zarezerwowany tylko dla niej, każdy głęboki oddech i ulotne spojrzenie. Być może jutro, być może za tydzień, odszuka ją i wszystko wyjaśni. Z tą myślą pełen nadziei ruszył dalej. Do Zimmer Strasse został jeszcze spory kawałek do przejścia. Miał nadzieję, że ten adres okaże się bezpieczny. Po przekroczeniu ruchliwej Strasse der SA skręcił w Sadowa Strasse. Stąd zaledwie trzy przecznice dzieliły go od celu podróży. Zimmer Strasse była zupełnie pusta, nieopodal siedziby Horusa wszedł do bramy oznaczonej numerem 21. Wspaniały okazały korytarz, bogato zdobiony był tylko przedsmakiem właściwej klatki schodowej. Ornamenty pod sufitem przykuły jego wzrok na dłużej. Bogactwo formy i dbałość o najdrobniejsze szczegóły nadawały tej kamienicy niezwykły czar. Wdrapał się na drugie piętro, klucz idealnie pasował do zamka, masywne drewniane drzwi uchyliły się lekko ukazując zaskakujący, wspaniały widok. Drugie, tajne mieszkanie jeszcze bardziej wskazywało na zainteresowania swojego właściciela. Pewny że nic nieoczekiwanego go tu nie spotka zapalił światło w korytarzu. Pierwszym przedmiotem jaki zauważył była oprawiona w cielęcą skórę książka. Otworzył, powąchał kartki, pachniały orientalnymi kadzidłami i bezkresnym stepem. Na pierwszej stronie napis przykuł jego uwagę. "Jezioro Wiktoria 30.09.1920r." Poczuł nagle jak dotąd spokojny oddech stał się szybszy, puls głośniej wystukiwał rytm a ciekawość lektury odwróciła uwagę od czegokolwiek. Lewą ręką zaryglował otwarte dotąd drzwi i przeczytał pierwszą linijkę:
"Miejscowe plemiona wydają się być niezwykle groźne, z trudem przyjdzie nam badać cechy morfologiczne, nie tracę nadziei. Być może jutrzejsza wyprawa do miejscowego kacyka przyniesie nowy bieg naszych spraw..." Pierwszym przedmiotem w tajemniczym mieszkaniu był pamiętnik właściciela, zapalił papierosa i usiadł w fotelu. Lektura była niezwykle pasjonująca, dawała również nowy nieznany obraz starego przewodnika, nie myślał teraz o tym. Afryka wzywał głosem tam tamów i obrzędowymi tańcami czarowników...
wtorek, 5 listopada 2013
Dwudziesta druga część wrocławskiej opowieści
część dwudziesta druga
Pustą ulicę otaczały kamienice, które będąc niemymi świadkami wydarzeń wydawały się odwracać wzrok od tego co się stało przed chwilą.
Oparty jedną ręką o laskę a drugą o czerwony gmach wieży stał starszy człowiek. Nienaturalnie usztywnione ciało pochylone było nieznacznie do przodu z kącika ust płynęła cienka strużka śliny a z przymkniętych oczu przeciskała się łza.
Dopadł starca tak szybko jak tylko mógł.
- już biegnę do szpitala, może nie jest jeszcze za późno! powiedział zdenerwowanym głosem, nie pytając i wykazując zdziwienia.
- widzę że miejski telegraf działa bez zarzutu powiedział starszy człowiek siląc się na uśmiech. Nie trudź się, nie ma już odwrotu, to wyjątkowa trucizna. Zostań przy mnie, proszę,
- co to było?
- jad. Jad węża spotykanego tylko na Nowej Gwinei, miejscowi lekarze nie znają na niego surowicy, zostań proszę... powiedział urywanymi strzępami słów - muszę ci coś powiedzieć. Nachyl się bliżej czuję że trucizna zaczyna paraliżować mi język, coraz trudniej słowa przybierają zrozumiały kształt.
Pochylił się nad starszym człowiekiem jednocześnie rzucając spojrzenia w kierunku szpitala, wypatrując czyjejś pomocy.
- Schwerin Strasse 25 mieszkania 5 zapamiętaj ten adres, to jest moje mieszkanie tam pod biurkiem w podłodze mojego gabinetu znajdziesz skrytkę w której schowane są klucze do drugiego mieszkania, adres zapisany jest na kartce...złapał ciężko powietrze i spojrzał w górę jak gdyby zawołany przez kogoś chciał odpowiedzieć. - nie mam dużo czasu, dodał po chwili, złóż w moim imieniu w kościele Macieja ofiarę, ja już się pogodziłem, wyznałem wszystko Temu który i tak wszystko wie, idź i uważaj na siebie! mówiąc ostatnie słowo zamkną oczy i wypuścił z ręki hebanową laseczkę. Ciało bezwładnie osunęło się na chodnik.
Natychmiast wziął starca w ramiona, uniósł go z niemałym trudem i po chwili przekroczył próg szpitala.
-Szybko! on kona
Dyżurujący lekarz nie krył zdziwienia widząc dwóch Niemców w swoim szpitalu. Natychmiast kazał położyć mężczyznę na łóżku i przystąpił do badania
- A teraz proszę już wyjść i poczekać na korytarzu, powiedział pan już wszystko, zobaczymy czy nie jest za późno
Wyszedł wolnym krokiem, zdał sobie sprawę że dręczące go przeczucie które odczuwał wraz z mroźnym powietrzem świdrującym jego nos właśnie uleciało. Oczekiwanie na nowinę właśnie się zakończyło, poczuł ulgę jednocześnie nie będąc pewnym dlaczego. Właśnie na jego rękach umierał człowiek. Powinien czuć przygnębienie i niepokój. Od kiedy pamiętał zawsze będąc świadkiem śmierci człowieka apatyczność i przygnębienie nie opuszczały go przez dłuższy czas
- zaraz będzie tu gestapo, pomyślał, nie mam czasu do stracenia, i tak nic nie mogę już zrobić.
Schwerin Strasse znajdowała się niedaleko dlatego natychmiast postanowił odwiedzić mieszkanie swojego przewodnika po okrutnym świecie wyznawców zła.
Zachowując wszelkie środki ostrożności przekroczył próg kamienicy. Obszerna klatka schodowa i bogato rzeźbione drzwi wskazywały na zamożność mieszkańców tej części miasta. Drewniane schody skrzypiały przy każdym kroku.
Ostrożnie otworzył drzwi mieszkania. Ciemność wnętrza i tajemniczość rycin wiszących na ścianach potęgowały zmysły które jak na życzenie wyostrzyły się do granic własnych możliwości. Porządek jaki panował w mieszkaniu staruszka był imponujący, każdy przedmiot wydawał się być ambasadorem jednego miejsca, nic nie zostało postawione przez właściciela bez znaczenia, maski i totemy wiszące na ścianie również tworzyły misternie zaprojektowaną całość. Dębowe ciemne meble bogato inkrustowane prezentowały się niezwykle okazale. Z pośród wszystkich pomieszczeń tego dużego mieszkania tylko jedna para drzwi była zamknięta.
Pod mocnym uściskiem dłoni klamka poddała się ukazując przestronne wnętrze gabinetu starszego człowieka. Wszedł do środka, zapalił lampkę stojącą na biurku. Barwny abażur malowany w egzotyczne wzory rzucił nieco zniekształcone światło.
Tuż przy fotelu stała oparta o zgłówek laska ze srebrną rękojeścią w kształcie węża. Stuknął kilka razy w podłogę tuż pod biurkiem, dokładnie tam gdzie zazwyczaj spoczywają stopy. Precyzyjnie, w miejscu wyznaczonym przez właściciela mieszkania klepki drewnianej podłogo zadudniły głucho.
Skrytka była niewielka, na tyle jednak duża aby bez problemu ukryć klucz i kilka dokumentów, które skwapliwie schował za pazuchę swojego płaszcza.
Stanął jeszcze na chwilę, przeciągłym spojrzeniem starał się zapamiętać panoramę pokoju. Po chwili był już na schodach, tym razem klatka schodowa była dokładnie oświetlona, a na schodach naprzeciw drzwi mieszkania numer 5 stał wysoki mężczyzna z uśmiechem który nie zapowiadał nic dobrego...
Odruchowo chwycił mocno rękojeść rewolweru który trzymał w kieszeni płaszcza i jak gdyby nigdy nic zamknął drzwi mieszkania
-dobry wieczór! powiedział nad wyraz uprzejmie czym przyprawił mężczyznę w osłupienie
- dobry albo nie dobry, zobaczymy, powiedział mężczyzna dodając że wieczór dopiero się zaczął i właśnie z nim chciał go spędzić w jakimś ustronnym miejscu
- bardzo pana przepraszam ale bardzo się śpieszę, rzucił na odczepnego
Po chwili mężczyzna był już przy nim przyciskając go do ściany. Nóż zaiskrzył stalowym ostrzem tuż nad jego uchem.
- idziemy! powiedział
W tym samym momencie klatkę schodową rozerwał huk wystrzału, ciało osunęło się wolno a na twarzy rysował się grymas bólu. Zbiegający po schodach mężczyzna dopadł drzwi wyjściowych, spojrzał w kierunku Hohenzollern Strasse i szybkim krokiem udał się w kierunku Augustastrasse...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


