czwartek, 29 sierpnia 2013

Trzynasta część wrocławskiej opowieści




część trzynasta


- witaj Helmut, jak minęła podróż?
 - dziękuję nie najgorzej, całe szczęście to tylko trzy godziny, w tym słońcu miałem już mroczki przed oczami
- ach, mój drogi, gdybyś poprzedniej nocy lepiej spał z pewnością podróż minęła by bardziej komfortowo
- dobrze wiesz, że czasami nasz komfort nie jest najważniejszy, a wręcz mało istotny. Gdyby nie wczorajsze spotkanie przy Kürassier Strasse być może zgoda na kolejne badania w ogóle by nie zapadła. Wież mi że gdybym tylko mógł wrócił bym przed północą. Towarzystwo inspektora nie jest nie jest tym na co czekam z nieskrywanym entuzjazmem.
- Dobrze już dobrze, powiedziała kobieta -  mów co u naszych przyjaciół w Grüssau kiedy przyjadą do Breslau?
     Barczysty mężczyzna o zmęczonym spojrzeniu i okularach wciśniętych głęboko na nos, wyciągnął fajkę i nabił ją tytoniem. Zapałka strzeliła jasnym płomykiem, strużka dymu uniosła się zasłaniając przez chwilę wiszący na ścianie obraz. Zanim odpowiedział kobiecie, usiadł wygodnie w głębokim, obitym skórą fotelu. Przez chwilę przyglądał się z zaciekawieniem medalionowi który leżał na jego biurku. Bogato zdobiony, prawie płaski okrągły przedmiot wirował w jego palcach, tworząc wrażenie monety lub żetonu którym krupier rozpoczyna rozdanie.
- piękna ozdoba powiedział, do kogo należy? zapytał  zapominając  o odpowiedzi na zadane pytanie
- do Very, dostała go od koleżanki, podobno pamiątka po jej babci
- koleżanka rozdaje rodzinne precjoza?
- Vera i Ingrid przyjaźnią się od dawna, są właściwie nierozłączne
- nie wiedziałem, może gdybym więcej czasu przebywał w domu znałbym arkana życia rodzinnego naszej familii
- nie możesz mieć o to do siebie pretensji, nikt o zdrowych zmysłach nie pchał by się tak daleko  gdyby naprawdę nie było to bardzo ważne.
     Ostatnia podróż Helmuta była jedną krótszych jaką odbył w celu pozyskania wiedzy. Poprzednie dalekomorskie podróże trwały miesiącami. Słona woda i równikowe słońce były chlebem powszednim tego zaprawionego badacza. Wielomiesięczna eksploracja tylko pogłębiała rozłąki z rodziną. Zacierały się wspomnienia i powodowały coraz większe oddalenie od przyziemnych problemów jego żony i ukochanej córki. Nie mógł wiedzieć, że Ingrid najlepsza przyjaciółka i powierniczka  Very zostaje deportowana wraz z całą rodziną. Rodzice dziewczynki pomimo wpływowych kontaktów ojca do dzisiaj nie wiedzą gdzie zakończy się ich exodus, znali jedynie miejsce zbiórki. Podwórze synagogi Weißer Storch przy Wall Strasse.
- kochanie wrócimy do naszych spraw jutro rano, dziś wrócę późno, nie będę cię niepokoił.  
- jak długo cię nie będzie?
- myślę że rozmowa z Brunem zajmie mi około dwóch godzin.
     Udał się szybkim krokiem w kierunku Strasse der SA, minął po drodze postój taksówek, grupa dwudziestoparoletnich szoferów rozmawiała o czymś niezwykle ważnym. Głośno wymieniali opinie najpewniej o tym i innym kliencie wymachując rękoma, świetliki żarzących się papierosów zataczały koła wprawiając w ruch ospałą ulicę. Zamyślony przeszedł na drugą jej stronę, potknął się o  krawężnik i na chwilę stracił równowagę, zakręcił pirueta tuż  przy bramie i upadł z hukiem na twardy bruk. Było to jak impuls nerwowy dla stojących obok. Natychmiast dwóch młodych mężczyzn podbiegło z pomocą.
- dziękuję szanownym panom , nie wiem jak to się stało.
- daj pan spokój, się rozumie - człowiek w potrzebie, odparł większy i starszy z nich, pomocna szeroka dłoń taksówkarza chwyciła go za ramię pomagając podnieść się mężczyźnie z kolan - może pan sobie życzy dokądś pojechać zapytał
- z chęcią, odpowiedział, w sumie zależy mi na czasie.

     Wsiadł do zaparkowanego samochodu, wygodnie oparł się w miękkim siedzeniu. Przez szybę taksówki obserwował spowite wieczorną mgłą ulice, tu i ówdzie nieśmiało tliły się lampy latarni gazowych. Chodnikami przebiegali  chłopcy z pakunkami. Senna atmosfera miasta działała jak najlepsze lekarstwo na skołatane nerwy. Nawet pigułki kupowane w aptece przy Kloster Strasse
 nie mogły się równać z jej skutecznością. Samochód sunął ulicami, kierowca od czasu do czasu zerkał w kierunku pasażera, uśmiechając się dobrotliwie.
- szanowny pan pewnie w urzędzie pracuje, zagadnął
- nie drogi panie, biurokratyczne sprawunki nie dla mnie zostały wymyślone, odpowiedział.
- a gdzie jeśli można wiedzieć, wydaje mi się że gdzieś pana widziałem
- pracuję na Uniwersytecie
- ooo, to znaczy się pan profesor, zaciekawił się taksówkarz, czyli że znaczy się,  raczej się nie spotkaliśmy, no chyba że w mojej furmance uśmiechnął się taksówkarz.
     Teraz kierowca jak by częściej ukradkiem zaglądał do swojego tajemniczego pasażera. Nie mógł się oprzeć i raz jeszcze rozpoczął rozmowę
- pan historyk? Zapytał.
- nie. Odpowiedział krótko profesor, zmęczony nachalnością kierowcy
     Miasto w tym czasie przechodziło przeobrażenie, zniknęły przekupki i gońcy. Młodzi oficerowie udali się na spoczynek ze swoimi kokieteryjnie uśmiechniętymi damami. Na ulicach pozostali żandarmi, nieliczni przechodnie i studenci przystrojeni w korporacyjne czapeczki. Był to moment, w którym na chwilę zapanowuje cisza. Odgłosy urządzeń i przejeżdżającego pociągu regulują ruchem, do którego nawet ćmy podporządkowują się bez wahania. Odra szumnie oznajmia nastanie nocy, delikatne fale rozbijają się o nabrzeże, bezdomne zwierzęta szukają schronienia lub wypatrują ostatniej szansy na zaspokojenie głodu przed . Miasto układa się do snu, wtula się w ciepłą kołdrę , dając odpocząć nadszarpniętym zmysłom.  Nieliczne światła w oknach przypominają o obowiązku snu, wypoczynku przed kolejnym pełnym trudu dniem.
     Po niespełna dwudziestu minutach dojechali na miejsce, kierowca rozradowany z wysokiego napiwku niezwykle gorliwie i wylewnie żegnał się z „profesorkiem” jak zdążył go już nazwać w myślach.
     Szeroka rzeźbiona brama przez którą wszedł otworzyła się szerokim korytarzem i zieleńcem widocznym w tle. Schody po prawej stronie poprzedzone uchylnymi podwójnymi drzwiami były puste.  Odczuwając trudy upadku ciężko stawiał nogę za nogą, oddychając głośno co chwilę przystawał wpatrując się w zdobienia ścian. Drugie piętro na które musiał się dostać wydawało się dla niego nie osiągalne. Korytarz łączący galerię pierwszego piętra ozdobiony był nielicznymi roślinami bujnie rozrośniętymi w ciszy i skupienia jak dają mu mury i powaga gmachu. Wyprawa na szczyt zajęła my dobre dziesięć minut, stanął zdyszany przed drzwiami, na których ozdobnymi literami napisane było Albert Biene profesor.
Zapukał i wszedł do środka nie czekając na zaproszenie.
- Helmut ! dobrze że przyszedłeś, siadaj, opowiadaj, jakie wieści niesiesz zza oceanu?
- dostojny stary Tomy czuje się świetnie, badania czaszek i uwarunkowań społecznych czynników rozwojowych idą doskonale, o tu masz wstępne analizy – wręczył gospodarzowi teczkę zaciągniętą czarną tasiemką. Napotkał jednak na problemy natury technicznej, okazuje się że łatwość jaką mamy w Europie jest tylko marzeniem w Ameryce
- stara dobra Europa…  Biene zamyślił się, marszcząc przy tym nieliczne brwi.
     Był to człowiek niewielki o miłym wyrazie twarzy, jednak tego dnia wydawał się czymś zdenerwowany, nerwowo spoglądając na zegarek wydawał się gdzieś śpieszyć. Rozmowa dotyczyła słuszności najnowszych badań zakładających istnienie determinizmu geograficznego. Naukowcy rozważali kolejne interpretacje badań czarnoskórych mieszkańców Nowego Jorku, próbowali wyciągać wnioski i stawiać kolejne hipotezy warte sprawdzenia.
- w naszej szerokości geograficznej podobne do zachowań murzynów w Afryce i czarnoskórych mieszańców dużych amerykańskich miast spotkać można u pewnej mniejszości narodowej – konferował Helmut
- znam twoje poglądy na ten temat, ale wiesz równie dobrze jak ja, że one się w ogóle kupy nie trzymają, cały ten determinizm w kontekście Żydów nie ma najmniejszego poparcia w badaniach naukowych.
- jak możesz tak mówić ? jak możesz podważać dorobek naszej pracy!
- waszej pracy, uważasz że pseudonauka stosowana na potrzeby polityczne warta jest twojego poświęcania ? Czy w tym NSDAP całkowicie wyprali cię z rzetelności ?
- Helmut! Dość ! krzyknął nie chcę tego słuchać, tylko przez wzgląd na długoletnią  znajomość zachowam tą rozmowę tylko dla siebie.
- Jak chcesz, zupełnie mi na tym nie zależy. Acha był bym zapomniał, mam dla ciebie książkę którą pożyczyłem niedawno, poczyniłem już stosowne notatki, swoją drogą piękny exlibris znalazłem w środku. Chyba twój sądząc po obrazku. Tylko nie rozumiem co w nim oznacza data 1938 ?
     Kończąc ostatnie słowo zauważył, że drzwi lekko się uchyliły. W progu gabinetu pojawił się mężczyzna, który stojąc w cieniu lampy wyglądał jak zjawa.
- dobranoc Albercie, nie będę ci przeszkadzał, widzę że masz długo oczekiwanego gościa
Skąd wiedział że na niego czekam pomyślał niski profesor, nic o nim nie wspominałem. Cisza odprowadziła go do bramy głównej, po wyjściu na ulicę poczuł, że piekący ból ściska go w okolicy mostka.
- czy miejsce jest już określone?
- tak. Nerwowo odparł profesor
- a więc gdzie ?
- w miejscu gdzie usiadła pszczoła, wcześniej przelatując obok dwóch dat 1934 i 1935.
- ?
- tak musi być, pszczoła która urodziła się rok po tym w odległym Bischofswalde  przyleciała do reszty Bożych stworzeń tam gdzie w oddali słychać strzały i ciężki tętent koni.
     Gość profesora nie ściągnął do tej pory kapelusza, jednak jego twarz była aż nadto dobrze widoczna, odbijała się w lustrze tworząc przerażające malowidło zniszczonej ludzkiej fizis. Zawsze kiedy go widywał przeszywał go strach, nigdy też nie zapytał o przyczynę powstania oszpecenia. Jednak wiele razy wyobrażał sobie jak wyglądał ten książkowy reprezentant odmiany aryjskiej w czasach swojej młodości.  
- kiedy? Zapytał mężczyzna
- pierwszy dzień po nowiu.
 
Grüssau - Krzeszów k/Kamiennej Góry
Kürassier Strasse -  al.Hallera
Weißer Storch przy Wall Strasse - Synagoga Pod Białym Bocianem przy ul. Włodkowica
Strasse der SA - ul. Powstańców Śląskich
 
Tym razem były dwa pytania: gdzie spotkali się profesorowie i gdzie ma dojść do kolejnego spotkania Braci Nowego Zakonu?

Na pierwsze pytanie bezbłędnie odpowiedział Pan Paweł wskazując na siedzibę Instytutu Antropologii PAN i Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Antropologowie wybrali sobie to miejsce dużo wcześniej, w czasie ostatniej wojny  dokonywano tu pomiarów określających przynależność do konkretnej odmiany i rasy. Podczas powodzi w 1997r. pracownicy Katedry odnaleźli skrzynkę z kartami pomiarowymi dygnitarzy III Rzeszy, wszystkie pieczołowicie i bardzo efektownie opisane, niestety naukowo stanowiły dowód na wszechmocną rolę polityki w systemie nazistowskich Niemiec.


Sam gmach został zaprojektowany dla jezuitów. Powstawał według projektu Josepha Frischa w ciągu dwudziestu jeden lat między rokiem 1734 a 1755 kiedy to nastąpiło poświęcenie kaplicy Św. Józefa znajdującej się na parterze. Pierwotna nazwa tego stojącego do dzisiaj budynku brzmiała Collegium Convictorium Societatis Jezu ad S. Josephum. Pierwotnie był miejscem zamieszkania dla studentów i wychowawców Uniwersytetu.Spokój jezuici mieli zaledwie 10 lat. Niestabilna sytuacja polityczna zaowocowała  zaanektowaniem przez władze pruskie parteru konwiktu dla filii banku w Bertlinie. Połączenie Uniwersytetu Wrocławskiego z Uniwersytetem frankfurckim zaowocowały zmianami na samej uczelni jak i budynku konwiktu. Tym razem bank musiał znaleźć sobie inną siedzibę, ponieważ do pomieszczeń parterowych wprowadziła się nowa kadra wrocławskiej uczelni. Był wśró nowych akademików Henryk Steffens człowiek wielu nauk i ambicji. Był zarówno filozofem, jak i fizykiem, no i oczywiście antropologiem. Tu rozpoczyna się antropologiczna przygoda dawnego konwiktu jezuickiego. Dokładnie od dziesiątego dnia mroźnego lutego 1813 roku budynek jezuicki potocznie określano domem Steffensa, stało się to po przemowie Henryka do narodu, wzywającego do stawienie oporu Napoleonowi. Zachęcał on do zaciągania się młodzieży do ochotniczego regimentu który miał pomaszerować w zwycięskiej wyprawie na Paryż.
Co do elementów zdobniczych które były później ich nie było i znowu są to na uwagę zasługuje figura św. Łucji. stojąca obecnie na dziedzińcu w miejscu dawnej studni kamiennej. Związana jest z nią dosyć ciekawa historia ale o tym innym razem...
Warto odwiedzić to zaciszne miejsce. szczególnie w upalne dni, można tam odzyskać równowagę i uspokoić skołatane nerwy. Dziedziniec otoczony jest krużgankami arkadowo-filarowymi, obecnie w całości są oszklone, dawniej były otwarte. Taki układ typowy dla włoskiej architektury "more italico" jest jak by nie było wspaniałym przykładem architektury barokowej.


Z ciekawostek nie dostępnych obecnie warto wspomnieć, że jeszcze niedawno w korytarzu po lewej stronie miejscem spoczynku strapionych studentów były siedzenia jednego z wrocławskich przedwojennych tramwajów. Piwnice skrywają obecnie niezliczoną ilość eksponatów pochodzących z wykopalisk. Przyrządy antropologiczne wykorzystywane przez studentów zdeponowane z przepastnych szafach pracowników naukowych to doskonałe pomoce naukowe pochodzące jeszcze sprzed 1945 roku. Są wśród nich szklane oczy i kosmyki włosów.


Co do drugiego pytania, to pszczoła (Biene) widoczna na exlibrisie jednego z profesorów urodziła się w 1936r. na Biskupinie jednak w międzyczasie przebyła długą drogę aby w okolicy zdominowanej przez kirasjerów dołączyć do reszty Bożych stworzeń w kościele przy Roon Strasse czyli obecnej Alei Pracy. Dokładnie rzecz biorąc przysiadła na budynku który  dawniej był ewangelickim domem parafialnym obecnie jest to  kościół Św. Klemensa Dworzaka. Pszczółka usiadła tuż nad żabą, przedstawienie naszej bohaterki jest  bardzo podobne do tego z Biskupina. Biene  wcześniej lotem błyskawicy minęła bramy kamienic projektu Richarda Konwiarza, nad wejściem obu kamienic pojawiają się daty 1934 i 1935. Ciekawe  modernistyczne osiedle z kompleksowym bardzo funkcjonalnym zapleczem, warte odwiedzenia i to nie raz.


 
 

sobota, 24 sierpnia 2013

Wycieczka Wrocławskich Argonautów na Kozanów część I

W słoneczną niedzielę 02.06.2013 grupa Wrocławskich Argonautów wyruszyła w swoją pierwszą wycieczkę. Kierunek - zachodnie osiedle wrocławskiej metropolii Kozanów.

Osadnictwo na tym terenie istniało już od epoki kamienia, czyli 1700r. p.n.e. Z tego okresu podczas wykopalisk prowadzonych w 1932 i 1938r znaleziono ząb mamuta i młot kamienny.

                                                                                                                                         Młot kamienny

Wspomnieć należy, że wykopaliska na Kozanowie prowadzone były regularnie od 1905 roku, największe ich nasilenie przypada na lata 1915 - 1927. Odkryto wtedy ślady osadnictwa charakterystyczne dla kultury łużyckiej, kultury pomorskiej, kultury przeworskiej.
Podczas prac archeologicznych natknięto się także na pozostałości osad z okresu kultury rzymskiej i wczesnośredniowiecznych. W sumie określono 13 stanowisk. Znaleziono między innymi: siekierkę kamienną, młotek kamienny, naczynia gliniane, urnę twarzową, ciężarki tkackie i  elementy uzbrojenia

                                                                                                                                   Urna twarzowa


Osiedle które obecnie kojarzy się z powodziami i wielka płytą powstało w miejscu dawnej wsi Chosanowo które zostało wspomniane w roku 1208 na pergaminie Henryka Brodatego który to przekazuje wieś biskupowi wrocławskiemu Wawrzyńcowi. Tak więc Kozanów był własnością biskupstwa aż do 1810r. W między czasie zmienił Kozanów nazwy na Cosonowo (1245) Chossnow (1305), Cosanow (1321), Kozenow (1353)

                                                                                                                        osada wczesnośredniowieczna ok. XIII wiek

W roku 1793 odbył się na Kozanowie polski chrzest, w spisie, dwa lata później na Kozanowie żyło 163 mieszkańców w 32 gospodarstwach, czterech chłopów i trzynastu zagrodników. W1845r. było na Kozanowie już 216 mieszkańców, 34 domy, kuźnia, gospoda i szkoła.

Kozanów został przyłączony do Breslau w 1928r. zanim jednak to nastąpiło w 1904r. wybudowano tuż przy istniejącej wsi pomiędzy ulicą Pilczycką i Pałucką na działce hrabiego von Woyrsch cmentarz komunalny. Dwa lata po założeniu nekropolii wybudowano kaplicę cmentarną według projektu asystenta budowlanego Bernauera, obecnie po przeróbkach i dobudówkach jest to istniejący kościół Św. Jadwigi. Tuż po wybudowaniu kaplica mogła pomieścić 200 żałobników na 145 metrach kwadratowych, przygotowana była także empora dla śpiewaków.

                                                                                                                                                         fot. Wratislaviae Amici

Miał do cmentarzy Kozanów szczęście, oprócz wspomnianego cmentarza miejskiego istniały także cmentarz parafialny  św. Mikołaja oraz cmentarz wiejski. W  1919 pomiędzy ulicą Pilczycką i Lotniczą wybudowano drugi cmentarz miejski z modernistyczną kaplicą projektu Richarda Konwiarza postawioną w 1934r.

                                                                                                                                                        fot. Wratislaviae Amici

Nekropolia istniała w tym miejscu do 1950r. kiedy to podjęto decyzję o jej likwidacji.

Miejsca wszystkich cmentarzy oraz lokalizację kaplic dokładnie zbadaliśmy odwiedzając między innymi jeden z najpiękniejszych pomnik aniołka z urną stojącego na dawnym pierwszym cmentarzu komunalnym

                                                                                                                                                          fot. aut.
                                               
                                               "także cierpienie jest Bożym posłańcem"

piątek, 23 sierpnia 2013

Dwunasta część wrocławskiej opowieści

                                                                                                                                                     fot. Wratislaviae Amici

część dwunasta

(...) Słowa wypowiedziane przez kobietę zapadły mu w pamięć, spodziewał się, że wcześniej czy później zrozumie ich sens, jednak zanim to nastąpi chciał raz jeszcze z nią porozmawiać . Szukał kobiety i rozpytywał o nią wszystkich którzy mogli cokolwiek wiedzieć. Szukał tropu, próbował odnaleźć miejsce jej zamieszkania. Niestety ku radości Złośliwości która specjalnie dla niego ubrała najbardziej pstrokatą sukienkę nic nie mógł ustalić. 
Nareszcie,  wędrówka po mieście się skończyła Po wielu dniach tułaczki zobaczył kobietę łudząco podobną do tej spotkanej nieopodal bastionu Konwiarza. Siedziała spokojnie na ostatniej ławce tramwaju zmierzającego w kierunku Klein Tschansch. Lekko oparta, jak gdyby nieobecna w gęstniejącym tłumie pasażerów. Bez namysłu udał się tam, gdzie mógł dowiedzieć się ciut więcej o zegarach wskazujących południe i kurach oznajmiających przybycie kogoś. No właśnie kogo? Było to pytanie które zadręczało go od dawna.
W pobliżu dworca, tak samo potężnego jak w dniu  kiedy przywitał go pierwszego dnia w Breslau widział w oddali znikający wagonik miejskiego tramwaju, ten sam który wiózł tajemnicę. Po prawej stronie minął siedzibę poczty i perony kolei towarowej oraz dziesiątki obładowanych wozów. Chude szkapy ze zmęczenia pochylały swoje łby, jak gdyby szukały w bruku Flurst Srasse siły do dalszego mozołu. Były podobne do setki innych zabiedzonych koni katowanych przez pijanych woźniców. Niewolne stworzenia kopytami wystukiwały głuchy rytm w każdym zakątku miasta. Jedne pstrokate, jak rumaki z powieści Karola Maya, inne siwe a właściwie szare, przykurzone pyłem węglowym  jednak było coś co je łączyło. Wszystkie przez całe swe nędzne końskie życie wybijały bruk pracując w znoju i upokorzeniu licząc na garść obroku i podmokłe stare siano.
Gdzie im było do dostojnych ogierów kawalerzystów, lub wspaniałych championów z Hartlieb Chrapy ciężko unosiły się wyrzucając na ulicę pianę skłębionej śliny, uszy strzygły na boki wsłuchując się w szum miasta.
W plątaninie ulic Ohlauer Vorstadt zgubił się, nie po raz pierwszy. Była to okolica tajemnicza, pełna niespodzianek i niebezpiecznych podwórek. Wiele razy tuż po wypowiedzeniu nazwy jednej z ulic słyszał od razu „ uważaj i strzeż się tych miejsc”
W cieniu domu przy Lösch Strasse zaintrygował go szum dochodzący z wnętrza jednej z bram, gwar jaki pamiętał ze stacji kolejki wąskotorowej, lub foyer  Capitolu. Ostrożnie, bezszelestnie wszedł do środka, dźwięki słyszane z ulicy zaczęły narastać, dopiero teraz zaczął rozróżniać poszczególne słowa zacierane zwierzęcymi pomrukami i euforycznymi spazmami kobiet. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem, który podpowiadał mu
 – nie idź!, uciekaj!, nie znajdziesz tu nic prócz zguby idioto!
Wszedł głębiej, w rozpadlinie podłogi pobłyskiwały kawałki szkła, stare szmaty które wcześniej trzepotały się w wybitych oknach, teraz leżały bezładnie przykrywając obgryzione kości zwierząt. W mazi fekaliów i piachu naniesionego z ulicy popiskiwały szczury, zakręcając swoimi długimi, obrzydliwie gołymi ogonami resztki jedzenia. Wchodząc do piwnicy powoli przyzwyczajał się do ciemności. Oczy posłusznie wykonywały instrukcje mózgu który pobudzany adrenaliną myślał szybciej, sprawniej łącząc synapsy poznania.
Byli tam wszyscy, małoletnie prostytutki które nie bacząc na bliskie sąsiedztwo odurzonych współbratyńców oddawały się ekstatycznym uniesieniom, był też kompletnie pijany Dionizos obdarzony wszystkimi możliwymi atrybutami z karafką w ręku. Były też zamroczone muzy które dzielnie mu asystowały. Pomimo niezbyt urodziwej twarzy z wyłupionym najpewniej w bójce okiem sprawiał wrażenie niezwykle zadowolonego z życia. Krzyczał głośno mieszaniną włoskiego, francuskiego i bliżej nieokreślonego języka który zapewne obowiązuje tylko w jego królestwie. Nie był jednak władcą tego ludzkiego planktonu. Król kanałów, szumowin, drobnych przestępców, kurtyzan i złodziei Breslau był w innej części miasta, zajęty niezwykle ważnymi jak się później okazało sprawami.
Po lewej stronie boga taniego wina i chrapliwego śpiewu stał osowiały szary na twarzy mężczyzna nieokreślonego wieku, trzymając kurczowo niedopałka tłumaczył coś niewidzialnemu audytorium, prowadził rozmowę której treść wywoływała u niego współczucie i szczere politowanie. W jednym momencie mężczyzna odwrócił się, spojrzał w jego stronę matowymi oczami, odwrócił jednak wzrok i powiedział.
- mój kochany, tak, tak w dniu twojego święta przyniosłem coś dla ciebie, mój kochany, opiekuj się nim, ten pies jest dla ciebie najdroższy, mam nadzieję że się już nie gniewasz, wiesz przecież że jesteś dla mnie wszystkim, jest dla ciebie, mój kochany…
Podniósł wzrok, zasłuchany w odpowiedz, być może zapewnienie wierności, może radość z otrzymanego prezentu.
Stary pękaty kolejarz, sądząc po znoszonym mundurze głośno wykrzyczał obelgę. Nikt oprócz niego nie zwrócił na to uwagi, nikt nie mógł być  adresatem złowieszczego przekleństwa.
- Chryste, pomyślał – w najmniej oczekiwanym momencie można spotkać największe dziwactwa jakie nosi Ziemia.
- Przepraszam, czy pan kogoś szuka? A może kogoś pan znalazł? Zapytała kobieta która przed chwilą mignęła mu w tramwaju. To była ona, wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy. Tak samo szklistym wzrokiem jak podczas poprzedniej rozmowy  zaglądała mu w oczy. Czuł, że w jej obecności nie uniesie najdrobniejszego nawet kłamstwa, stała przed nim jak wyrocznia w tej swojej codzienności, swojskiej szarości, która tym bardziej ją zbliżała i oswajała.
- Witam wędrowca w przystani bezpiecznej, powiedziała miękko. Sam znalazł pan wejście, gratuluję dodała. Widzi pan tu, w tej szczelinie miasta zbiegają się szlaki a każdy z nich strzeżony jest przez moich krewnych. Nikt nie może wejść i wyjść zabierając zapamiętane obrazy ze sobą. To kluczowa zasada, poznałeś już Dionizosa, czy ma oba oczy?. Nawet czarne psy zjadające ludzi, nawet skośnoocy z dalekich stepów nie znają naszego miasta, tak jak my – dodała.
- Chciałem wiedzieć, to znaczy zapytać panią o naszą ostatnią rozmowę
- Myślałam że o dziecko
- Dlaczego miałbym pytać o tego chłopca?
- Nie zwrócił pan uwagi na jego odświętny strój? Gdyby nie ojciec wyglądał by znacznie gorzej
- Wciąż nie rozumiem, proszę mi powiedzieć
- Później
Przerwała mu nagle, odeszła dziesięć kroków  i wykonała gest który ostatni raz widział na Einbaum Strasse żegnając jednego z bezimiennych, broczącego krwią z rozerwanym sercem. Nikt oprócz nich nie mógł bezwiednie skrzyżować w taki sposób palców.
- A więc ona jest jedną z nas…powiedział cicho, był tego pewien.
Stał samotny pośród karłów, pijanych dzieci i ludzkich karykatur, nie chciał zostać jednym z nich, nie odważył się przekroczyć ciasnego korytarza zakończonego pancernymi drzwiami z okrągłym wizjerem. Ostatecznie nie widział zbyt wiele, więc i tajemnica nie obowiązuje go w takim samym stopniu. Wyszedł na zewnątrz promienie słońca natychmiast skurczyły jego źrenice powodując chwilową ślepotę. Dalekie odgłosy miasta wytłumione studnią kamienicy zdawały się przypominać o innym świecie, nie zauważył jak tuż przy nim stała tajemnicza bezimienna.
                - musimy ustalić co już wiesz, czy udało ci się rozszyfrować wiadomość pozostawioną przez mnie w porcie miejski?
                - wciąż brakuje mi punktu zaczepienia, swoją drogą do piękny exlibris
                - tak, jest rzeczywiście uroczy, jest to jeden ze znaków naszych wrogów, w nim ukryte są znaczenia, najczęściej miejsca spotkań i kolejnych kontaktów przedstawianych symbolicznie. Każdemu Bratu odpowiada jedno lub więcej zwierząt. Z pewnością runiczne znaki odszyfrowałeś prawidłowo, zapytała nie oczekując odpowiedzi
                - z tym nie miałem problemu, swoją drogą bardzo ciekawe zestawienie. Zrozumiałem tyle, że właściciel lub właściciele mają czuwać na wszechświatem jaki jest w nich a zapanują nad wszechświatem bo duch twórczy musi zwyciężyć, wtedy siła ducha uwolni ich przedstawicielu czystej rasy. Brakuje mi jednak ogniwa które połączy treść znaków z obrazkami
                - z tym nigdy nie jest  łatwo, klucze do kolejnych wiadomości noszą bardzo blisko uczestnicy Bractwa
                - powiedziała pani Bractwa, Braci?
                - tak właśnie w ten sposób siebie określają, stworzyli zakon, nową formułę, uszlachetnioną wersję starych obrzędów. Ich wiara opiera się na kulcie demona który podobnie jak Wotan miał lewitował przebity ostrzem włóczni. Wiem jedynie tyle, że ich obrzędy przepełnione są przekazami których próżno szukać wśród żywych
                -seanse spirytystyczne? Zapytał prawie pewien, że w końcu jeden element z dotychczasowych zdarzeń zaczyna pasować do tej trudnej łamigłówki
                - tak, jest wśród nich potężne Medium…
                - dlaczego Breslau?
                - wszyscy Bracia uważają, że potępiony i na wsze czasy uwięziony przez mury, którego głowa do dzisiejszego dnia woła pomocy był jednym z nich. Są przekonani, że w środku czaszki nieszczęśnika odnajdą najstarszy testament, Mojżeszowe tablice własnego wyznania. Według podania które Bractwo pieczołowicie skrywa, głowa należała do niesłusznie osądzonego. On podobnie jak dziś Nowy Zakon nie robił nic złego, po prostu nie czynił dobra. Głęboka mistyczna wiara opiera się na dogmacie odwrotnej polaryzacji, tajemnicy drugiej strony lustra do której tak często zaglądają wskrzeszając zabłąkanych. Ów skazaniec dodatkowo podczas swego życia posiadł tajemnicę  którą zawarł w niedostępnym miejscu swojego ciała. Miał za swego życia spotkać demona, służył mu i zawarł przymierze, wsiadł do jego arki samotny, obiecując wypełnienie przepowiedni. Zginął jednak przypadkowo nie dopełniając reszty obowiązków. To między innymi jego przywołuje Medium o której ci wspomniałam. Teraz musimy już iść, każdy w swoją stronę, ty najpewniej na zachód ja muszę udać się w podróż na wschód…



Flurst Srasse - ul. Małachowskiego
Ohlauer Vorstadt - Przedmieście Oławskie (Rakowiec)
Lösch Strasse - ul. Prądzyńskiego
Einbaum Strasse - ul. Kraszewskiego
 
Pytanie dotyczyło znaczenia znaków runicznych które pojawiły się na exlibrisie oraz pewnego nieszczęśnika który stracił głowę.

Na trop wrocławskiej części pytania wpadła Pani Gaja przypominając pewną makabryczną historię jednego ze Świętych który jak mało kto związany jest z Wrocławiem, w końcu zajmuje bardzo eksponowane miejsce  w centralnej części naszego herbu, a więc Pani Gaja odpowiedziała:
"We z Wrocławiu, jedyną znaną mi postacią bez tułowia jest głowa Jana Chrzciciela na talerzu umieszczona m.in. na wrocławskim herbie. Stracił on ją ponieważ Herod Antypas, tetrarcha Galilei i Perei, chciał strasznie zobaczyć taniec Salome. Obiecał spełnić każde jej życzenie, aby tylko mu zatańczyła. Ta – na polecenie matki – zażądała właśnie głowy Jana Chrzciciela."
jednak jako, że św. Jan Chrzciciel nie miał nic wspólnego z murami które przetrzymują jego głowę i nastąpiło sprostowanie. Pani Gaja przytoczyła jedną z wrocławskich legend o pewnym nieszczęśniku Henryku. Kto jej nie zna, niech przeczyta, a było to tak...
 
 
 
Dawno dawno temu, kiedy we Wrocławiu ludzie raczej spacerowali niż jeździli taksówkami, a wirtualne odkrycia zastępowały dalekie podróże konno, w mieście żył złotnik którego znajomi wołali po prostu Franek. Był człowiekiem prawym i odpowiedzialnym, a jako że miał jedyną córkę, strzegł swojej Basi jak oka w głowie i chciał dla niej jak najlepiej. Być może dlatego że był złotnikiem,  wartością najwyższą były kosztowności, a nie jak to z reguły bywa: miłość, przyjaźń i zrozumienie. Pech chciał że kandydatem na przyszłego męża był jego czeladnikiem w którym na domiar złego Basia córka Franciszka się zakochała. Heniu był dobrym, szczerym młodziakiem jednak "forsą nie śmierdział" jak to zwykli mawiać w 1984r. cinkciarze pod Dworcem Głównym.
Ojciec Basi postawił jasne warunki, albo młodzian przychodzi z workiem pieniędzy, albo zegnaj wspaniały Świecie. Zakazał spotkań i kropka. Nie trzeba pracować w dochodzeniówce, żeby domyślić się, że zakazy tym bardziej młodych do siebie zbliżyły, jednak szuja Jakub który do niedawna był kolegą Henia doniósł swojemu pryncypałowi Franciszkowi o tajnym spotkaniu zakochanych. Stary złotnik wściekł się okrutnie, przegonił młodego Henia tam gdzie pieprz rośnie i Koziołek Matołek został "Królem Małp"
W tym momencie kończy się przypowieść pełna tragizmu nieszczęsnych Romea i Julii. Młody Henio w swym nowym tułaczym życiu spotkał zbójów, kto wie być może na jego drodze stanął Manduba, tak czy inaczej bandziory nie mogli nic mu ukraść, więc postanowili przyuczyć młodziaka do nowego fachu. Po krótkim czasie Heniu stał się Krwawym Henrykiem który zabijał i rabował bez litości. W nie wyjaśnionych dotąd okolicznościach wszystkich bandytów oprócz Henryka wyłapano. Nasz bohater z workiem pełnym kosztowności postanowił wrócić do Wrocławia i  raz jeszcze uderzyć w konkury. Stary Franciszek oniemiał z zachwytu i na prędce począł organizować wesele jak się patrzy. Jednak wśród kosztowności odnalazł zakrwawiony świstek z pismem starego przyjaciela, który niedawno zginął z rąk bandziorów. Zorientował się i kolejny raz upokorzył przyszłego niedoszłego zięcia. Tym razem pogonił go tam gdzie raki zimują.
Pamiętajmy że Heniu nie był już tym samym człowiekiem, miał na swoim koncie wielu Bogu ducha winnych dolnoślązaków. Postanowił podłożyć ogień pod domem Franciszka i w ten sposób wziąć odwet. Aby lepiej przyglądać się pożarowi wszedł na wieżę katedry Św. Jana Chrzciciela i przez okienko obserwować grasujący ogień. Nie przewidział jednak tego, że metafizyczne siły potrafią ściskać mury gotyckich budowli wydając wyrok na zbrodniarzach. Tak się stało tym razem, głowa nieszczęśnika została uwięziona w południowej wieży wrocławskiej katedry i do dzisiaj próbuje nam coś powiedzieć w pełnym cierpienia grymasie. Ot cała historia.
 
 
 

Co do run pojawiających się w opowiadaniu, są to:

Hagal - "czuwaj nad wszechświatem, jaki jest w tobie, a zapanujesz nad Wszechświatem"
Sol - "duch twórczy musi zwyciężyć"
podwója Sig - symbol czystej rasy aryjskiej
Tyr nałożony na Os -  "siła twego ducha uwolni cię"


Pojawiły się one między innymi na pierścieniach najbardziej zasłużonych SS-manów
Opracowaniem znaczenia znaków runicznych w latach trzydziestych zajął się Karol Wiligut. woskowy i okultysta. Zrobił to na potrzeby nowego wyznania którego był autorem. W 1933r. wstąpił do SS pod pseudonimem Weisthor. Udzielał ślubów SS-manom zgodnie z wymyślonymi przez siebie obrzędami. Po tym jak wyszła na jaw choroba psychiczna Wilguta, został usunięty z SS w 1939r. pozostając wciąż bliskim znajomym Himmlera.

 
 
 
 
 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Blog Day 2013

Bardzo dziękuję za wyróżnienie i zaproszenie do tak zacnego grona, ja również mogę dać tylko naręcze kwiatów z wrocławskich  kamienic, dzisiaj nie będzie konkursu, obie mozaiki pochodzą z wrocławskiego śródmieścia :-) Pozdrawiam wszystkich Wrocławskich Argonautów !!!








- cóż mogę Ci dać, w dniu tak wyjątkowym? Za oknem deszcz cichutko gra, do nocy, naszej nocy pełnej gwiazd została już tylko chwila. Wtedy wiem czym Cię obdarować i Ty wiesz. To nasze noce, nocne spacery bez celu przez pustkowie, rosa wilgotna  i cisza która wypełnia i to co tu i to co tam, dawniej. Ale teraz ? w ten deszczowy wieczór w Breslau?
- przecież wiesz co lubię najbardziej...

Powiedziała to delikatnie, jak gdyby ufając że odpowiedz jest tuż za krzesłem o które się opierał

- ach tak, widzisz minęło już tak dużo czasu od spokojnego lata, że omal zapomniałem co w skupieniu robiłaś. Jak mogłem... stół mieniący się tysiącem barw, ozdobione palce z których godzinami czyściliśmy zaschnięty klej
Uśmiechnął się ciepło i obraz lat minionych przewinął się przed oczami. Oto on pełen marzeń i spokoju którego tak teraz potrzebuje stoi w surowym pomieszczeniu kamiennych ścian opactwa i ona pochłonięta jakąś misterną układanką z której jak się później okaże powstał najpiękniejszy obraz jaki przyszło im razem oglądać. Najdrobniejszy szczegół  misternego wzoru  dopełniał zapach kwitnących bławatków i kolendry. Wspomnienie lata, wszystkich najlepszych chwil zawarło się w kolorach  doklejonych do starej sękatej deski. Było tam morze i radość i gniew rozstania i kryształowy kamień.
Teraz olśnienie przyszło jak myśl pierwotna, uzasadnienie. Pojawił się sens wydarzeń sprzed dwóch dni. Spacer śródmiejskimi ulicami bez kierunku, bez azymutu, jak statek który zabłądził przy pochmurnym niebie. Jakaś siła, a może intuicja kazała mu przekroczyć prób kamienicy przy Schleiermacher, potem Friesen Strasse i nagle jak gdyby obudzony z letargu zorientował się że wpatruje się w powolne fale wznoszone delikatnym wiatrem tuż przy szkole budowlanej.
- wspaniałe - powiedziała
- zerwałem kwiaty najpiękniejsze, w ten dzień dla Ciebie. Tylko tobie mogę ufać...

piątek, 16 sierpnia 2013

Tajemnicza historia wrocławskich ulic



Okazuje się, że tradycja historii powoli snutych przy kominku, przy dźwiękach najbardziej  nostalgicznych melodii wszech czasów mają tradycję sięgającą mroźnej niedzieli 17 lutego 2013 roku wtedy pojawiło się takie oto pytanie:

     "Niedziela spowita mglistym powietrzem, które nie rozwiał nawet nocny wiatr z nad Odry, zaczyna wchodzić w decydujący dla naszych konkursów moment. Stary zegar śląski ze Sklepu Irena zatrzymał się na godzinie 12 i to może dlatego właśnie południe podobnie jak północ wywierają największy wpływ zarówno na porę potyczek lingwistyczno-historycznych, jak i na wybór tematów. Na pewno bicie zegara wywarło decydujący wpływ na wybór tematu dzisiejszego konkursu.
 

     To już 100 lat minęło gdy pewien wędrowiec przepadł w Breslau. Odwiedził to tajemnicze miasto nie bez powodu, uwielbiał stawiać sobie kolejne zadania, uporządkowywać i rozgryzać sens występowania symboli, nie tylko na wiekowej wierzbie pod Końskimi i na ścianie starego szpitala w Grudziądzu. Wędrowiec przemierzył miasto wzdłuż i wszerz, potem wrócił, rozglądnął się i mrugnięciem oka zapisał już mapę Breslau w głowie, ruszył ponownie, tym razem bardziej świadomie. 
     Wędrówkę rozpoczął ściskając w ręku złoty miecz, wchodząc do granicznego domu nie przewidywał nawet że za chwilę zobaczy toczące się koło, nie mógł przypuszczać nawet,  że nie będzie to zwykłe koło jakich wiele w tej okolicy, będzie to złote koło. Swoją podróż przerwał na chwilę w cieniu długiego drzewa. Spotkał tam innego wędrowca, zakochanego w Breslau, znającego setki legend i miejscowych zwyczajów. Wędrując po Starym Mieście rozstali się pod jodłą. Musiał przekroczyć Odrę aby spojrzeć w oczy białemu jeleniowi, ale opłaciło się, stąd było już naprawdę nie daleko aby zobaczyć cztery wieże, pamiętał, że równo przed tygodniem spotkał tam kobietę, dziwną, na samą myśl o niej przeszła go gęsia skórka. Miał dość tej okolicy, zmienił kierunek marszu i zmierzając na zachód odpoczął pod trzema lipami. Było już naprawdę późno gdy dotarł do miejsca w którym wieloryb, jednym machnięciem ogona rzucił go wprost w objęcia niedźwiedzia. Całe szczęście miał przy sobie jeden grosz, bez tego próżno było mu szukać miejsca na zachodnich krańcach tego tajemniczego miasta.

Jakie symbole przyszło mu zrozumieć, co one oznaczały i dlaczego akurat te miejsca zobaczył. Być może dzięki swojej intuicji wybrał taką trasę, prawdą jest że to my, dzisiaj znamy klucz do połączenia wskazanych tropów. A więc ? Jaka jest odpowiedz? Co łączy symbole, miejsca z naszym pięknym miastem ? jaki wpływ wywarły na mieszkających tu dorożkarzy, medyków, morderców i tzw. zwykłych ludzi ?


Poruszenie było nie małe jednak jeden z późniejszych Wrocławskich Argonautów - Pan Michał znał odpowiedz na pytanie. Odpowiedział następująco:
"Wydaje mi się, że wędrowiec przemierzał dawny Wrocław szlakiem karczm." po czym dodał:
"Trasa wyglądała tak: 1-Pod Złotym Mieczem (Legnicka/Nabycińska), 2-Grenzhaus (Św. Mikołaja), 3-Pod Złotym Kołem (nieistniejąca Złote Koło), 4-Langes Holz (Krowia), 5-Biały Jeleń (????), 6-Cztery Wieże (gdzieś na Nowowiejskiej?) 7-Pod Trzema Lipami (Ptasia), 8-Zum Wallfisch (Nożownicza), 9-Schwarzen Bär, 10-Gospoda na Ostatnim Groszu (Legnicka/Na Ostatnim Groszu). Nie jestem pewien wszystkich podanych nazw bo źródła podają różnie, a i nie znalazłem czasami nazw polskich/niemieckich."

Wydział dochodzeniowo-śledczy Pana Michała to dla mnie mistrzostwo świata. 

Dodałem tylko dla porządku, że:
grenzhouse mieścił się dokładnie przy obecnej ulicy Grabarskiej
pod białym jeleniem - Sępa Szarzyńskiego 

                                                                       ul. Sępa Szarzyńskiego fot. Wratislaviae Amici

cztery wieże - zum viertumrme - ul. Karola Miarki
Zum wallfisch - rybia obecnie Kaczmarskiego
Zum schwarzen bar - niedźwiedzia. 

                                                                                                                        ul. Ptasia fot. Wratislaviae Amici

     W sumie wszystkie miejsca wyróżnia rzecz niebywała obecnie - od nazw knajp wzięły nazwy ulice przy których istniały, i tak np. hirschstrasse, tannengasse, viertumstrasse, langeholzgasse, goldenradegasse, dreilindegasse. Wędrowiec nie wybrał przypadkowo przybytków, chciał zobaczyć czym się różniły od innych, skoro uhonorowane zostały tak zamienicie. 

W ten sposób kolejny konkurs wyłonił zwycięzcę, przyznam, że była to jedna z ciekawszych niedziel tej długiej zimy 

"

Jedenasta część wrocławskiej opowieści




część 11

     Wnętrze kościoła spowite było dymem unoszącym się z kadzielnicy. Aromatyczny orientalny zapach żywicznej strużki leniwie sączącej się nieopodal głównego ołtarza mieszał się w wilgotnym powietrzu tworząc swoistą nieprzepuszczalną granicę pomiędzy sacrum świętego ołtarza a profanum nielicznych zgromadzonych wiernych.
     Starsza kobieta opierając się o brzeg konfesjonału, z trudem opuściła miejsce w którym przed chwilą wyrzuciła z siebie dręczące ją myśli, grzechy codzienności oraz zbrodnię którą popełniła wiele lat temu, jeszcze jako młoda dziewczyna. Z trudem przechodziły jej przez usta słowa, wspomnienia plątały się z obrazem który przez te wszystkie lata pieczołowicie skrywała.
     Jej ciało zdążyło już zwiotczeć, nie było śladu po dawnej świetności i rumianym spojrzeniu, błysku w oku jakim zaczepiała młodego Alberta, niby sąsiada a jednak osobę która w kamienicy przy Junnerstrasse pełniła niezwykle ważną funkcję powiernika i pastora sąsiedniej parafii. Lata mijały a ona przechowywała obrazy z przeszłości, próbowała rozliczać i rozgrzeszać jego, a przede wszystkim siebie. W końcu gdyby żyło jej dziecko miało by dziś równo pięćdziesiąt lat, a ona być może bawiła by właśnie kolejne pokolenie rodziny Elbricht. Całe życie mogło potoczyć się inaczej gdyby on tego feralnego wieczoru nie podniósł wzroku z nad rozprawki teologicznej, być może jej życie, strach, metafizyczna obawa nie ciążyła by nad nią aż do teraz.
     Solidny drewniany konfesjonał był świadkiem zwierzeń nie jednego zaplątanego człowieka, jednak wspomnienie starej kobiety pozostawiło na nim ślad który ciężko będzie zmyć. Ślady purpury sączącej się spod zaciskanej na przegubie ciernistej pętli spływały właśnie po ściankach spowiednika. Znak że cierpienie jest także bożym posłańcem, namacalny dowód na to że manifestacja własnych trudów może mieć także kolor purpury starej krwi. Tego dnia spowiednik i jego confessio mieli przyjąć jeszcze jednego wiernego…
     Wstał jak zwykle przed piątą rano i tak jak każdego dnia kiedy był w Breslau nim obudził się pierwszy dzwon parafii wyszedł na krótki spacer do Parku Południowego, mijając potężną i zapierającą dech w piersiach restaurację Hassego rozpoczął porządkować własny terminarz. Scalał myśli rozerwane nagłymi wypadkami i przyodziewał, a właściwie zapisywał kolejny arkusz dziennika.
     Wiedział że w takim stanie lepiej aby nikt go nie zobaczył. Kilkudniowy zarost na twarzy był czytelnym znakiem braku elegancji o który posądzić można dorożkarza lub grabarza, ale nie jego, uchodzącego wśród znajomych za doktora filozofii, statecznego mężczyznę w średnim wielu. Nikogo nie zdumiewał nieregularny charakter pracy oraz częste wyjazdy. Na okoliczność ciekawskich spojrzeń i zdawkowych półsłówek odpowiadał coś o Lizbonie, Mediolanie i Berlinie. Wolny zawód popularnego naukowca był doskonałą przykrywką. Kamuflażem którego nie powstydził by się nie żaden z wielu okazów drapieżników przywiezionych z polowań w południowej Afryce.
Wstał świt, krzyknął ktoś w oddali, jakaś sąsiadka przekonywała właśnie dostawcę mleka o konieczności wykorzystania nowo zakupionego przyrządu w codziennej pracy..
     Powoli budziło się miasto... tramwaje dzwonkami ostrzegały przechodniów o niebezpieczeństwie ślimaczego przechodzenia przez tory a nieliczne samochody pędziły ulicami pozostawiając za sobą kłębowisko pyłu i spalin.
     Wszedł do łazienki, rewolwer odłożył na białej półce tuż pod oknem, nigdy nie rozstawał się ze swoim najbardziej zaufanym współpracownikiem. Strumień wody obmył zlew w taki sposób, że tworzący się wir wody przyniósł mu na myśl obrazki znane ze śluzy tuż przy Uniwersytecie. Białe resztki krochmalu na rozkaz wydany przez wodę wypełniającą szybko zlew zakręcały piruety. Spojrzał w lustro, obraz który zobaczył przypominał raczej kanion poorany przez wiatr i słońce niż przeciętną ludzką twarz. Głębokie bruzdy – ślad po nieszczęśliwym wypadku i pożarze sprzed dekady do dziś budziły jego odrazę. W pewnym sensie zdążył do nich przywyknąć, szczególnie teraz kiedy jego funkcja w Bractwie wymagała takiego poświęcenia i nadludzkich zdolności.
     Twarz pomogła mu przekonać do własnych intencji i oczekiwań nie jednego. Nie raz podczas tych pertraktacji  rozmyślał o tym co jest dobre, a co złe, czy krzyki ofiar i wołanie do Boga o pomoc, mają w ogóle jakichś sens. Znał wszystkie z możliwych lamentów, wzniesień i próśb kierowanych w kierunku Najwyższego. Ostatnia wojna wydawał mu się pod tym względem okrutniejsza od tej w której ponownie przyszło mu żyć, może dlatego że wtedy był młody a żywioł okrucieństwa był jak surowa matka, która pomimo okropności może liczyć na bezgraniczną miłość swojego dziecka.
     Teraz zadawał cierpienia nie na polecenie okrutnego feldwebla. Na dobrą sprawę teraz w ogóle nie czynił niczego złego pomyślał, po prostu nie robił nic dobrego. Zło jako materia nie istnieje, jest tylko magnetyczną chmurą, pyłem kosmicznym który na chwilę zabiera ludzi Bogu. Jego także zabrano Bogu, jemu także zabrano wiarę, wiele lat temu, zniknął sens istnienia. Uzasadnienie dla dalszego życia leżało tuż obok, wystarczyło je podnieść, jak zżółknięty liść, zakryć nim słońce, złapać oddech i pomyśleć o braku i pustce, wszechotaczającej martwicy. Tak zrobił, później złamał kod, dotarł go Bractwa, krok po kroku, kolejne progi, dalekie podróże, wtajemniczenie przyszło samo. Rutyna nigdy się nie pojawiła, dawało mu to jasny sygnał, ze to co robi rozpalane jest iskrą twórczą wciąż na nowo.
     To przekonanie dodawało mu otuchy i poprawiało samopoczucie. Szczególnie teraz kiedy tak dobrze znane opiaty już od lat nie poprawiają mu nastroju. Wypracował sobie własny sposób na gaszenie świec, na zabieranie ostatnich oddechów. Strzał - krótki i zdecydowany, celem zawsze było serce, z upodobaniem studiował atlas anatomiczny aby precyzyjnie wyznaczyć jego środek. A więc strzał w sam środek gorącego, pulsującego serca, amen.
     Wśród setek ofiar w ciągu wielu lat tylko jeden człowiek uszedł z życiem, domyślał się że coś poszło nie tak, usłyszał metaliczne brzęknięcie i głosy ludzi. Musiał uciec zapamiętując obraz. Wróci po niego - musi wrócić przysiągł w duszy. Nazwisko tego człowieka było na kopercie, twarz i pochodzenie znał od dawna...
     Wyszedł z mieszkania podpierając się laseczką ze srebrną rękojeścią, grzecznie przywitał sąsiadkę – najpewniej tą samą którą rankiem słyszała cała ulica.
     Teraz zmierzał jak najszybciej w kierunku świątyni. Kościół gdzie oczekuje go Najwyższy i niewiadoma znajdował się w innej części miasta. Od dawna zwracał jego uwagę niespotykany w Breslau włoski styl budowli, typowy dla okresu baroku. Znał każdy szczegół kościoła który w założeniu prostokąta z monumentalnym szczytem był reprezentantem kościołów emporowo-halowych, tak popularnych w Italii. Potrafił docenić bogactwo osiemnastowiecznego ołtarza oraz to, że z ulicy zupełnie niepozornie niczym do holu kamienicy wślizgiwał się do tego manifestu kontrreformacji, z którą po cichu sympatyzował.
Wszedł do świątyni, starsza kobieta niepewnym krokiem i jeszcze bardziej niezdecydowanym ruchem ręki zrobiła znak krzyża, konfesjonał oczekiwał na niego, wszedł złożył ręce do modlitwy i powiedział ściszonym głosem
- W milczeniu, w śnie, znak krzyża rzuca cień
- W tym cieniu odnajdziesz moc, gdy zgasną świece - przebudzisz się – odpowiedział mu zakonnik

     Do jakiego kościoła trafiła staruszka i człowiek z blizną – to pytanie na dzisiaj tak brzmiało pytanie, jak myślicie kto znał prawidłową odpowiedz w niespełna 30 min? Oczywiście Pani Marta, Pan Paweł zajęty był sprzątaniem ;-) nie ma tego złego przynajmniej ma czyściutko :-)

     Kościół do którego trafiła staruszka i człowiek z blizną stoi do dzisiaj we Wrocławiu i zachęcam do jego odwiedzenia, zachowały się w nim praktycznie w niezmienionym stanie zarówno ołtarz jak i wystrój. Mowa oczywiście o kościele Św. Antoniego przy ulicy Św. Antoniego 32. Co prawda obecnie zmienił patrona i jest kościołem parafialnym parafii Św. Mikołajaa tak naprawdę był także kościołem klasztornym Franciszkanów Reformatorów. Obecnie Ojcowie Paulini zarządzają dawnym kościołem Franciszkanów, czyli wszystko zostało w rodzinie. Można do niego wejść od ulicy Św. Antoniego.

                                                                                                                                                                    fot. fotopolska

     Historia powstania kościoła jest bardzo interesująca, otóż wszystko zaczęło się w XVI wieku kiedy to w roku 1522 w ramach reformacji wypędzeni z miasta zostali Franciszkanie obserwanci czyli po prostu Bernardyni. Podczas kontrreformacji o której była mowa w opowiadaniu zakonnicy użyli wszelkich metod aby uzyskać za wstawiennictwem Cesarza od miasta zadośćuczynienie. Rajcy miejscy kupili działkę przy ulicy Psiej od niejakiego Georga Adlera który pomimo orła w nazwisku nie był ornitologiem a jedynie postrzygaczem sukna czyli jak by nie było krawcem. Inna sprawa, że obecnie niewielu krawców stać na handel nieruchomościami w mieście. Okazało się jednak, że działka krawiecka nie wystarczała Franciszkanom więc nie pozostało nic innego jak dokupić sąsiadującą parcelę od sąsiada Adlera niejakiego Zachariusa Dobricka i oddać całość zakonnikom.

                                                                                                                                                    fot. fotopolska

Kościół konsekrowany był dopiero w roku 1710. Jak by nie liczyć dopiero po 188 latach od wypędzenia przy obecnej ul. Św. Antoniego pojawił się kościół z prawdziwego zdarzenia. Co prawda wcześniej, zaraz po zakupie działki i przekazaniu jej zakonnikom postawiono tu drewniany kościółek zamieniony w latach 1685-1692 na murowaną świątynię. Związane to było z wybudowaniem sąsiedniego klasztoru którego ślady odnaleźć można przy ulicy Włodkowica. Ale o tym innym razem.