sobota, 26 października 2013

Dwudziesta pierwsza część wrocławskiej opowieści

     

część dwudziesta pierwsza

     Gdyby nie niepokój ogarniający go wciąż coraz mocniej, spacer pustą ulicą mógł być bardzo przyjemny. Stłumione odgłosy miasta, stukot pociągów przejeżdżających przez pobliski Freiburger Bahnhof uzupełniały miarowy krok. Ulica na końcu której majaczyła sylwetka ceglano-czerwonej szkoły ludowej o mały włos przed laty nie zmieniła się nie do poznania. Szeroko zakrojone plany budowy w tym miejscu drapaczy chmur nadały by jej iście nowojorski sznyt. Tym czasem niepozorna robotnicza pierzeja wydawał się zapraszać do swojej głębi. Niedostępne podwórka zionęły chłodem a ogromna pętla tramwaju towarowego imponująco stawiała kropkę na i przemysłowej części miasta. Tuż za skrzyżowaniem wyłoniła się bryła okazałej świątyni St. Trinitatiskirche i mury szpitalne.
     Spokój nocnego uśpienia przerywały od czasu do czasu głośne rozmowy sanitariuszy i nadjeżdżających ambulansów. Szedł pchany jakąś siłą, nie do końca przekonany o słuszności obranego kierunku. Właściwie oczy mu się już zamykały u Kisslinga, jednak nie zamówił taksówki, nie wsiadł do tramwaju. Wstał grzecznie się pożegnał i poszedł w kierunku dworca. Przez cały czas zadając sobie wciąż to samo pytanie – Po co? W normalnych warunkach, w innym mieście wtulał by się w poduszkę własnego łóżka, jednak tu nauczył się, że nie można ignorować intuicji, pozornie błahych rozmów i znaków które niespodziewanie wyznaczały kierunek. Był dla siebie gwiazdą polarną i kompasem, zresztą z zamglonego nieba Breslau i tak niewiele mógł odczytać.
     - Szybciej, została jeszcze chwila
Obrócił się w kierunku uchylonych drzwi kamienicy, stała tam kobieta tak samo tajemnicza jak to miasto. Królowa podziemi, jedna z bezimiennych
     - Na co chwila? Dobry wieczór i skąd pani się znalazła na tej pustej ulicy w środku nocy? Zapytał zupełnie spokojny. Obserwował bacznie kobietę i choć wiedział że ze strony jej podziemnych karykatur nic mu nie grozi bardzo ostrożnie zbliżył się do bramy.
     - Nie zadawaj tyle pytań, dobrze wiesz że zostały minuty… chodź prędko. No pośpiesz się ! krzyknęła w końcu
Na pierwszym piętrze po drugiej stronie ulicy zapaliła się lampka, ktoś zbudzony nocną rozmową postanowi sprawdzić co niepokoi tą zazwyczaj spokojną okolicę. Kremowe firanki wolno się przesunęły. W oknie stał mężczyzna w białym podkoszulku. Poprawił szelki i energicznie otworzył wolno okno.
     - Co tu się dzieje? Spać ! i zamknąć mordy!
Wrzasnął przez okno podrywając ze snu innych sąsiadów. Po chwili cicha ulica zaczęła szeleścić i zgrzytać kolejnymi wzburzonymi głosami.
     – Zamknąć ich! ktoś krzyknął, - Wynocha! Piszczącym głosem wtórował chuda rudowłosa brzydula z naprzeciwka.
Niesamowite jak szybko uśpiona Siebenhufener Strasse stała się gwarnym jarmarkiem. Wszyscy uczestnicy pyskówki bardzo zaspani wylewali żale o braku spokoju, konieczności wypoczynku i rozliczeniu chuliganów. Nie spodziewali się że w bramie oprócz kobiety i mężczyzny znajduje się ktoś jeszcze.
     Wyszedł wolnym krokiem, czarny kapelusz naciągnięty na głowie zasłaniał oczy, jednak płonąca się pochodnia oświetlała twarz ukazując ogromne ropiejące strupy. Takie same jakie nosił na dłoniach i z pewnością na pozostałych częściach ciała. Stanął na środku ulicy i wpatrując się w twarze mieszkańców którzy nagle ucichli powiedział wolno i dosadnie
     - nie, to ty wy moi kochani zamkniecie swoje nazistowskie mordy albo podpalę tę budę a każdego pragnącego wolności przytulę mocno do serca, ofiarowując mu odrobinę siebie
     Okna momentalnie się zamknęły, światła zgasły, cisza powróciła, wiatr zagwizdał z podziwem, człowiek zniknął w bramie i nikt nie był pewien czy to się wydarzyło.
Właz do kanału był otwarty, weszli ostrożnie. Wzrok powoli zaczął się przyzwyczajać do ciemności
     - szybko, mamy mało czasu… powiedziała kobieta
     - szukaj! wydała ostrą komendę i uwolniła karabińczyk skórzanej smyczy
     z krótkiego rzemienia, na czterech kończynach niczym łowny pies ruszył do przodu mężczyzna. Szalony wzrok oraz piana w kącikach ust nie pozostawiały złudzeń. Warcząc i szczekając zachrypniętym głosem ruszył do przodu, niemal od razu słychać było przeciągłe piski i wycie pełne triumfu. Po chwili w kanale zaczęli odnajdywać rozrzucone pod ścianami mokrego tunelu, zagryzione szczury. Niektóre młode inne wielkości średnich kotów-  potężne osobniki pamiętające wspaniałe uczty nad topielcami. Odraza i wzburzenie jakie malowało się na jego twarzy szukały wyjaśnienia ze strony przewodniczki po podziemnym mieście.
     - Co cię tak dziwi? zapytała zupełnie spokojnie nie tracąc tempa marszu. - W naszym świecie homo sapiens to tylko jeden z gatunków. Są tu ludzie-psy ludzie-koty ludzie-muchy, młodociane prostytutki zakażone wszelkim robactwem, zżerającym ich wnętrzności od środka. Kiedy poznasz ich bliżej przyzwyczaisz się.
     - poznam ich bliżej? nie mam zamiaru bratać się z tą drużyną. Odparł
     - obawiam się że przez jakichś czas będziesz do tego zmuszony, już wkrótce sam przyjdziesz szukać schronienia, kiedy miasto zacznie cię dusić a z każdego rogu zimna stal dotykać będzie twojej skroni, zresztą sam zobaczysz...
     Czyżby była to zapowiedz nowych okoliczności w których miał się znaleźć? Nie ignorował tego, podobnie jak nie lekceważył krótkiego rozkazu wejścia do podziemi. Szerokie sklepienie murowanego tunelu lepiło się od śmierdzącego śluzu. Buty grzęzły w mule naniesionym przez deszczówkę. Znalazł się w krwiobiegu Breslau bez którego miasto zatonęło by pod wezbranymi wodami Odry i wszystkich jej dopływów. Z pewnością gdyby nie misternie utkana sieć kanałów, śluz i przepustów, odrzańskich wysp w ogóle by nie było.
     - Dokąd idziemy? zapytał
     - Twojemu przewodnikowi zostały minuty, tylko z tobą może rozmawiać, może uda ci się wydobyć od staruszka pozostałe ekslibrisy.
     A więc nie chodziło o jego przyjaciela, czyżby coś zagrażało eleganckiemu staruszkowi z Sępolna? ta i inne myśli zaprzątały jego głowę. Nie spostrzegł nawet kiedy dotarli do miejsca w którym kanały się rozwidlały.
     - Dalej pójdziesz sam - właz jest otwarty. Tuż obok wieży ciśnień zrozumiesz cel swojej wędrówki, i pamiętaj - postaraj się, od tego wiele zależy. Do zobaczenia wkrótce... Powiedziała i skręciła w lewą odnogę miejskich kanałów. Słyszał jeszcze oddalające się kroki i ujadanie człowieka-psa. Nad głową stukotem i zgrzytaniem przejeżdżał tramwaj. Powoli cisza wypełniła kanał. Studzienka oddalona o dwadzieścia metrów faktycznie była otwarta. Wysunął powoli głowę i po chwili znalazł się na ulicy...

czwartek, 17 października 2013

Dwudziesta część wrocławskiej opowieści



część dwudziesta

     ... podczas gdy dwójka wiernych przyjaciół raczyła się własnym towarzystwem, pasjonującą rozmową i gęstym kożuchem piany bawarskiego przysmaku, w południowych dzielnicach Breslau na skrzyżowaniu Hohenzollern Strasse i Kirsch Allee kończyła się pewna epoka.
     Starszy mężczyzna oparty wciąż o hebanową laseczkę oddawał właśnie ducha pod opiekę Opatrzności i nie mógł być pewien dokąd zmierza. Jego życie - długie, pełne zakrętów i niespodziewanych zwrotów akcji z powodzeniem mogło być fabułą pasjonującej powieści, jednak teraz, nieopodal murów szpitalnych ulatywało. Bezszelestna śmierć zaglądała  łapczywie zza  wieży ciśnień, wyczekiwała na najlepszy moment aby ukazać swe oblicze, cierpliwie czekała na starego profesora aby chwycić go za ręce i pokazać wody styksu. Nikt nie mógł tego zatrzymać, nikt nie mógł wcisnąć hamulca bezpieczeństwa w pociągu do wieczności który właśnie odjeżdżał ze stacji Breslau Kirch Allee .
     Zostały minuty a może sekundy, w końcu zgodnie z pradawnym obyczajem każdy ma taki koniec na jaki sobie zasłużył w ciągu życia. Niemy film przetoczył się starcowi przed oczami. Romans ze złem wcielonym, nawrócenie, pokuta, słabości i triumfy, utkane w misterny kilim rozwieszone zostały na wysokich tyczkach Boskiego Królestwa.
     Sąd nad jego duszą i sprawiedliwy wyrok który miał zapaść nie był jeszcze przesądzony.Jad wstrzyknięty przed chwilą zaczynał paraliżować ciało. Pierwsze odmówiły posłuszeństwa kończyny, z pewnością za chwilę oddech stanie się coraz cięższy, co będzie następne? tylko jedno było pewne - mózg w którym mieszkają szaleństwa człowieka trucizna dopadnie na końcu. Czas który pozostał nie śpieszył się, specjalnie oddał trochę ze swojego bezkresu profesorowi na krótką rozmowę z samym sobą.
     Uczucie strachu i niemocy ogarnęło starca. - Teraz albo nigdy pomyślal, przebaczenie lub kara, Boże drogi -przepraszam wymamrotał ledwo słyszalnym głosem. Pot na skroniach, zimny wysłannik sumienia które po raz kolejny o sobie przypomniało był jednocześnie rosą na pomarszczonych, zwiędniętych liściach okazałego parkowego dębu. Życie powoli uchodziło, a on nie zastanawiał się nawet nad tym dlaczego, wiedział aż nadto. Złamał przysięgę, zdradził sekretny krąg. Ujawnił tajemnicę której był powiernikiem. Bez prawa łaski dla zdrajców przyjmował kolejne stopnie wtajemniczenia stając się częścią wielkiej tajemnicy. Sam ustanowił to prawo, wszystko albo nic.
     Imię jakie mu nadali bracia brzmiało Kappa i doskonale określało przywary jego fizyczności, zamiłowanie do morskich stworów i oddanie z jakim uczestniczył w misternych obrzędach swojego bractwa.
     To właśnie on odpowiadał za odnalezienie wiele lat temu medium w szpitalu dla obłąkanych przy Einbaum Strasse Pozycja zawodowa, oraz szacunek jakim darzyły go władze uczelni bez trudu umożliwiły na podjęcie prywatnej "terapii" młodej schizofreniczki, która oprócz typowego dla chorych rozdwojenia jaźni wskazywała zdolności profetyczne. Zauważył to natychmiast kiedy tylko młoda szczupła kobieta przekroczyła próg jego gabinetu. Doskonale pamiętał każdą z sekwencji zdarzeń...
- Proszę usiąść - zwrócił się do kobiety wskazując na sofę stojąco po prawej stronie biurka. Zerkając to na kartę choroby to na chorą nanosił ostatnie poprawki w swoich podręcznych notatkach.
- Nazywa się pani Amelie Rosenweg - popatrzył dokładniej w kierunku kobiety. Dopiero teraz ujrzał jej oczy. Pełne czaru jaki mają tylko dzikie nieodgadnione zwierzęta. Wydawały się tworzyć z drobnymi kośćmi policzkowymi i trójkątnym podbródkiem doskonałą całość. Była ładna jak na Niemkę, nawet bardzo ładna. Od kiedy pamiętał uwielbiał spędzać czas w towarzystwie właśnie takich młodych panienek, których doświadczenie życiowe zamykało się na ukończeniu szkoły, zamiłowaniu do jazdy konnej i grze na pianinie ustawionym w centralnym punkcie pokoju gościnnego  rodziców.
     Wmawiał sobie, że uległość tych kruchych istot wynika z jego wysublimowanego poczucia estetyki, nienagannych manier, oraz intelektu którym wręcz porażał swoje rozmówczynie. Rzeczywistość była zgoła inna, żadna z panienek nawet przez chwilę nie pomyślała o nim  z szacunkiem i uznaniem. Znosiły jego nachalny, arogancki styl bycia ze względu na strach o siebie i swoich bliskich. Z reguły bywało tak, że spotkania nie były dziełem przypadku, a sam profesor dobierał sobie kobiety według ściśle określonego klucza. Amelie była inna, równie atrakcyjna jak jej poprzedniczki, jednak w przeciwieństwie do nich ona nie bała się starego lekarza. Wręcz przeciwnie od pierwszego momentu dominowała nad nim pod każdym względem. Tuż po rozpoczęciu wstępnego wywiadu coś zaniepokoiło profesora.
     Ściany gabinetu zdawały się przesuwać, pomieszczenie z sekundy na sekundę było coraz mniejsze. Przedmioty zachowując swój naturalny kształt stawały się coraz mniejsze zmieniając jedynie formę.
- Stop! krzyknął profesor
- Czy coś nie tak? zapytała miękko dziewczyna rozrzucając płatki róż wokól własnej osoby.
- Co robisz?! Przestań w tej chwili - krzyknął wzburzony
     Podniesiony głos szefa kliniki psychiatrii był słyszalny na korytarzu dostatecznie wyraźnie. Sskutecznie wzbudził zainteresowanie pielęgniarki oddziałowej która nie bacząc na być może krępującą sytuację postanowiła interweniować natychmiast. Otworzyła energicznie drzwi i równie zdecydowanie wkroczyła do owalnego gabinetu.
     Obraz jaki ujrzała w równym stopniu wprawił ją w osłupienie co narastające zmieszanie
- Przepraszam profesorze, słyszałam pański podniesiony głos... widzę jednak że moje najście było zbyteczne.
     Pielęgniarka ujrzała nienaruszony gabinet z sękatym biurkiem pod oknem, ciężkimi masywnymi szafami na książki i sofą stojącą pod ścianą na której lekko oparta siedziała  pacjentka. Podłoga i okna  były jak zawsze w doskonałym porządku, na ścianach równo jeden obok drugiego wisiały dyplomy i wyrazy uznania dla lekarza, jedynie stary profesor w pokrętnej figurze z przedziwnym grymasem na twarzy siedział przy swoim biurku i wydawał się być czymś  mocno  przejęty...
     Siebenhufener Strasse spowita delikatnymi promieniami lamp ulicznych zanurzona był w śnie. Dawno już wszyscy przechodnie udali się do swoich domów na spoczynek.
     Po pożegnaniu się z Paulem szedł pustą ulicą. Brak towarzystwa zabawnego kompana i nie tak dawnej rozmowy odmienił nastrój i bieg myśli. Nie mógł  oprzeć się wrażeniu, że niepokój który teraz nim zawładnął ma związek z kimś bliskim. Być może ten w którego imieniu modlił się w Oswitz potrzebuje pomocy? Nagły strach o przyjaciela zawładnął nim jeszcze bardziej. Może nie chodzi o niego? pomyślał
     Nie wiedział, że zaledwie kilka przecznic dalej ze Światem żegnał się człowiek będący jedyną przepustką do tajemniczej krainy opanowanej przez czcicieli demona. Nie wiedział również, że to sekrety ekslibrisów ujawnione podczas dwóch spotkań stały się przyczyną końca...

Jak myślicie dlaczego akurat w tym miejscu profesora spotkała kostucha?

środa, 9 października 2013

Dziewiętnasta część wrocławskiej opowieści



część dziewiętnasta

     ...  Po powrocie z autostrady sunęli ulicami miasta powoli kładącego się spać. Strasse der SA zrobiła na nim ogromne wrażenie. Bogactwo detali na kamienicach ciągnących się wzdłuż szerokiej alei co chwilę przykuwało uwagę, wytężał wzrok aby dostrzec drobne balkoniki i misternie rzeźbione figurki ozdabiające dawną Kaiser Wilhelmstrasse.  Tuż obok pomnika Moltkego dostrzegł znajomego taksówkarza który starał się usunąć usterkę swojego samochodu, wyraźnie poirytowany unieruchomieniem pojazdu gestykulował i krzyczał na silnik który odmówił mu posłuszeństwa, jak gdyby groźbami chciał go zmusić do dalszej pracy. 
     - wspaniała okolica, powiedział - muszą tu mieszkać bogaci ludzie
     - bogaci i szczęśliwi, odparł Paul - niech ich szlag ! pojechali by do biedoty zachodnich dzielnic, może przeszło by im to szczęście. Mogli by pomieszkać w oficynie bez światła z kiblem na dworze, wąchając smród niemytych ciał i jedząc parszywe pomyje które nie można nawet nazwać resztkami z pańskiego stołu. 
     Wiesz, chętnie dobrał bym się do tego ich bogactwa i oddał trochę Frau Muller której stary wciąż pijany śpi pod płotem Kipkego. Zapewniam cię, że ani jej szóstka dzieci, ani sąsiedzi nie pytali by się o pochodzenie pieniędzy. Znam setki takich rodzin, niestety teraz zamiast burzyć szczęśliwość bogaczy musimy rozprawić się z tymi narodowosocjalistycznymi łotrami. 
     - jeśli już o tym wspomniałeś, powiedz skąd ten pomysł żeby szlachtować SS-manów nożami rzeźniczymi ? zapytał
     - to stara lokalna tradycja, odpowiedział Paul. Może tylko troszkę udoskonalona. Uśmiechnął się przy tym z nieskrywanym zadowoleniem. Najwyraźniej Stachowsky był autorem zmiany tego swoistego miejscowego zwyczaju. - Teraz oprócz noży mamy także krótką broń, gęsto utkaną siatkę wywiadowców, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo zaglądają wszędzie gdzie tylko można, dodał. Wiesz coś mi przyszło do głowy powiedział, nagle zmieniając temat. - A niech to, raz można! powiedział  czym wprawił w osłupienie swojego pasażera. - Jedziemy do  Georga Conrada, napijemy się piwka i jeszcze trochę pogadamy, może spotkamy jakąś piękną damę szukającą towarzystwa dwóch atrakcyjnych dżentelmenów, masz chyba trochę czasu ? zapytał właściwie stwierdzając fakt wyraźnie sprawiając wrażenie, że nie interesuje go odmowa.
     - tak, oczywiście. Odpowiedział bez przekonania wyrwany z zamyślenia jakie nie opuszczało go od pewnego czasu. - Powiedziałeś Conrada Georga? Jedno z tych imion musi być chyba nazwiskiem?
     - Hahahaa dobre sobie, nie przyjacielu, oba są imionami. Nazwisko tego oberżysty to Kissling odparł rozbawiony Paul. O czym tak dumasz? zapytał zaczepnie Paul. Pewnie o tej ślicznotce z którą cię widziałem na Rosenthalerstrasse?
     - widzę Paul że przed tobą niczego nie można ukryć, odparł wyraźnie niezadowolony. Echh nie przestajesz mnie zaskakiwać. Myślę o człowieku z powodu którego znalazłem się w Oswitz. Mój stary druh znalazł się w kłopotach, nagle zachorował i od kliku dni nie wiem co się z nim dzieje.
     - przewieźi go do innego szpitala, to już trzeci jeśli dobrze liczę odpowiedział Stachowsky nie kryjąc zadowolenia z faktu posiadania tak obszernej wiedzy na temat swojego rozmówcy.
     ?! Zrobił minę jak by zobaczył ducha. - Skąd wiesz o kim mówię? Paul zadałem ci pytanie ?! powtórzył z irytacją
     - spokojnie mój drogi, przecież wiesz, że jestem twoim aniołem. Jak mogłem nie wiedzieć że chodzi o profesora, skoro tyle uwagi poświęcałeś mu przez ostatnie dni. Zresztą gdyby nie to moje stróżowanie to nasz znajomy pływak z Ransen zostawił by na twoim serduszku niewielką pamiątkę, czy nie było by tak? zapytał wyraźnie zadowolony. 
     - Śmiertelną pamiątkę, do której Święty Piotr idealnie dopasował by kluczyk, ten sam którym otwiera bramy niebiańskie. Odpowiedział zrezygnowany. - Po raz kolejny muszę ci podziękować, dodał.
     Jednego Paul nie mógł wiedzieć. Stara kobieta panująca nad podziemnym miastem nigdy nie opowiedziała by mu tego wszystkiego co wyjawiła właśnie jemu. Nie mógł też wiedzieć jakie myśli kłopoczą i frasują piękną buźkę pewnej młodej breslauerki. Kobiety która jak spełniająca się przepowiednia nadawała sens jego życiu i pchała do działania. 
       - do którego szpitala przewieźli profesora? zapytał wyraźnie zdenerwwany
     - nie wiem, mój człowiek nie nadążył za ambulansem, sierota wybrał się na zwiady rowerem, jednak jest już na tropie i nim wstanie świt, będziemy wiedzieć gdzie przewieźli twojego, jak go nazwałeś druha.
     Jechali wciąż szeroką aleją która przeszła w Schweidnitzer Strasse. Pomnik Tauentziena z olbrzymią bryłą domu handlowego AWAG wprowadziły ich w ścisłe centrum miasta. Przed okazałym hotelem Monopol skręcili w wąską drogę i po chwili mijając po lewej stronie rezydencję królów pruskich. Gdy skręcili w prawo Paul powiedział. 
     - tu zaparkujemy, Junkerstrasse jest niedaleko.
     Ulica jak przystało na jedną z najbogatszych w Breslau mieniła się tysiącem barw i bogactwem zdobień. Nie bez powodu właśnie tu najbogatsi mieszkańcy postanowili ulokować swoje posiadłości. Bliskość rynku i zamku z pewnością nobilitowała posiadaczy von  przed nazwiskiem w oczach gości którzy chętnie przybywali tu z głębi Niemiec.  
     - aż dech zapiera, pomyślał spoglądając na mijany za plecami pałac Wallenberg-Pachalych i stojące tuż obok kamienice, nie zwróciłem wcześniej na niego uwagi .
     - to miasto miewa naprawdę wspaniałe oblicze, powiedział głośno w kierunku Paula.
     - co mówiłeś? zagapiłem się na jedną miłą panią, odpowiedział uśmiechnięty kompan. 
     - nic szczególnego, chciałem powiedzieć, że nie dostrzegałem wcześniej piękna ukrytego w tych kamieniach. Odpowiedział. - Słuchaj Paul, dlaczego wybrałeś akurat tą knajpę, zapytał.
     - już ci mówiłem, idziemy na piwo, a nigdzie nie piłem tak dobrego bawarskiego złotego napoju. Poza tym jest jeszcze coś, lubię wspierać swoich. 
       - ? zdziwił się po raz kolejny, czym dał wyraz zmarszczonymi brwiami i cofniętym podbrudkiem
     - co ty takie dziwne miny dzisiaj robisz? Powiem ci teraz bo w środku mogą przesiadywać brunatne żołnierzyki. 
     - Georg - właściciel piwiarni, który jest wnukiem, czy prawnukiem. Podrapał się przy tym po brodzie próbując sobie przypomnieć które to już pokolenie Kisslingów rozlewa do kufli piwo w tym miejscu. - innego Conrada, ciągnął dalej, jest obecnie oficerem Wehrmahtu i jeśli się nie mylę, jego sympatia dla Hitlera jest, jak by to powiedzieć mało entuzjastyczna. Wcale bym się nie zdziwił gdyby w przyszłości nasz miłośnik drobnych bąbelków wywinął jakiś numer kochanemu Adolfowi.
     Nic z tego nie rozumiał, wiedział jednak że Stachowsky jako rodowity Breslauer zna każdy kąt tego jak się okazało pięknego miasta.
    

    


piątek, 4 października 2013

Osiemnasta część wrocławskiej opowieści



część osiemnasta  

 … zamknij się, powiedziałem raz i nie będę powtarzał – krzyknął do miałczącego miłośnika policji - po prostu nie mam w zwyczaju strzępić języka,  dodał już po cichu w kierunku przyjaciela, zrobił przy tym delikatny grymas który mógł uchodzić za ćwierć a może nawet pół uśmiech.
     – no jak tam brachu przedstawisz się nam? tym razem wściekły wzrok skupił się na twarzy pooranej nieregularnymi bruzdami.
      Paul już taki był, bezpardonowy i mocny jak młot kowalski wybijający z rozżarzonego metalu dowolne formy. On również potrafił nadawać nowe kształty obiektom do których wszyscy zdążyli się przyzwyczaić.
     Tym razem materia rzeźbiarza utrzymywała swoją konstrukcję od blisko czterdziestu lat. Nie licząc zmian na twarzy struktura fałszywego księdza wydawała się być w niezłej formie. Stachowsky przewyższał o głowę i wzrostem i siłą obu niedawnych rozmówców, zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi więc podobnie jak to miał w zwyczaju i tym razem postanowił to wykorzystać
      - Jeśli nie chcesz się nam przedstawić, to może ja tymczasowo wymyślę dla ciebie imię. Podrapał się chwilę po głowie, zakręcił potężnym wąsem i z nie skrywaną radością orzekł, że nieznajomy od dziś będzie nosił imię Judasz przynajmniej dopóki nie przyzna się jak naprawdę ochrzcili go rodzice.   
     – Wiesz on też skończył na stryczku, dodał.
     W jednym momencie złapał duchownego za prawą nogę i podniósł do góry. Zaskoczenie i zdecydowanie rzeźnika nie dały więźniowi żadnych szans. Po chwili obie kończyny były związane mocnym sznurem, zaś sam bohater z niemałym zdziwieniem wisiał na drzewie pod którym przed chwilą stał. Gruby sznur sprawnie przeciągnięty przez konar starego dębu oplątywał niemiłosiernie mocnym węzłem drzewo.
       - Taaaak, pomyślmy....przeciągle powiedział Stachowsky, właśnie pomyślałem Judaszu, że aby nie tracić czasu już też rozpoczniemy naszą pogawędkę. No więc będzie tak jak w książkach dla młodziutkich adeptów szkoły policyjnej napisał pewien stary wąsacz
     – Imię i nazwisko, krzyknał wprost do ucha wisielca - miejsce urodzenia imię ojca, nazwisko panieńskie matki…
     Stachowsky kontynuował swój wyjątkowo głośny popis oratorski, podczas gdy pątnik zajął się siedzącym pod drzewem bauerem. Nie był dla niego tak zdecydowany jak Paul. Przykucnął jedynie i coś szeptał na ucho mimowolnemu świadkowi niespotykanych dotąd w Oswitz wydarzeń. Kiedy wstał miejscowy gospodarz również podniósł się ciężko i z głową spuszczoną ruszył w kierunku dwóch świętych, którzy szczęśliwie spoglądali w kierunku ulicy. Ich zakonne kamienne oczy nie widziały tego co stało się potem.
     Niedoszły skazaniec duchownego wymiaru sprawiedliwości wrócił do rozmówców, nie był specjalnie zdziwiony widokiem jaki w scenerii drogi krzyżowej ujrzał. Północny wiatr który wciąż przyglądał się zajściu postanowił nie uronić ani słowa, ani odrobiny z przesłuchania. Był protokolantem i ławnikiem w jednej osobie. Podział ról tego swoistego procesu został określony już wcześniej. Nikt nie miał wątpliwości kim był prokurator, brakowało jedynie obrońcy z urzędu, nie licząc Chrystusa który w swoim miłosierdziu z pewnością wybaczył by niegodziwość wisielcowi podobnie jak to uczynił dwóm szubrawcom na Golgocie.
      - Po co go puściłeś? zapytał od razu Paul, zaraz będziemy mieli na głowie żandarmów z pobliskiej jednostki. Rozłożył bezradnie ręce, szepcząc coś pod grubym nosem. Echhh westchnął i dał mocnego kopniaka wisielcowi. – Jeden uratowany, drugi pokrzywdzony, dodał. – Bach! krzyknął kopiąc po raz drugi szamoczącego się człowieka.
      - Nic nie powie…
      - Co mówiłeś przyjacielu ?
      - Powiedziałem że wieśniak nic nie powie, zaręczam ci że tajemnicę tego spotkania weźmie ze sobą do grobu
      - Jak to? Co mu wyszeptałeś? Dopytywał wyraźnie zdziwiony, unosząc to znów opuszczając potężne zakręcone wąsy
      - Nic takiego. Opowiedział i w tym samym momencie zwrócił się do wiszącego głową w dół, podciągnął sutannę która wciąż opadała mu na twarz, spokojnie lecz zdecydowanie zapytał.
      - Zadałem ci pytanie… dlaczego ja?
Wisielec spojrzał wymownie niebieskim, wręcz przezroczystym błękitem, zaglądając w najgłębszą szczelinę do wnętrza człowieka któremu udało się ujść z życiem. Dobrze wiedział, że nie ma w tym przypadku. Wiedział, choć nie chciał tego przyznać nawet przed sobą, że zmierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem któremu sprzyjała Opaczność. Podobnie jak podczas rozmowy z Pulem nic nie powiedział. Adwersarz nie dawał za wygraną, ponownie zrównał się z oprawcą
     - Słuchaj tak czy inaczej, tu czy tam twoje losy są już policzone, powiedz dlaczego ja? Nie mam żalu o to że musiałem zginąć, nieuchronność końca wpisana jest w narodziny. Wiemy to obaj,  ale dlaczego polujesz właśnie na mnie?
     - Wyjaśnię ci to kiedyś w Grüssau odparł wisielec – pod murami świątyni, dodał.
      - Nie może być ! Nasz truposz jednak nie stracił mowy ze strachu, szybko zrepetował Paul. Obawiam się mój miły, że nie będziesz miał czasu na kolejne spotkanie. Nooo chyba że jako duszek niesforny przylecisz i będziesz strącał talerze z kredensu. Hahahahaaa.
     Roześmiał się tak, że o mało nie stracił równowagi.
     – A teraz do rzeczy, jeśli nie jesteś rozmowny tu, zabieramy cię na wycieczkę. Powiedział to ostro momentalnie zmieniając nastrój. Wujek Paul zaprasza cię do siebie. Lwia grzywa mojego przyjaciela na pewno ci się spodoba.
      Zdjęli wisielca z drzewa, okazało się że zabójca zaparkował niedaleko od świątyni swój samochód. Było to dla nich jak prezent urodzinowy. Zapakowali lekko poturbowanego więźnia i ruszyli w kierunku Ransern.
      - Paul, gdzie jedziemy? zapytał
      - Musimy unikać rozgłosu, zaparkujemy dryndę niedaleko jazu i przejdziemy górą do lasu przy Cosel, stamtąd już niedaleko do naszej sali tanecznej. Zobaczysz, nasz nowy znajomy nauczy się stepować na węgielkach. Mam kilka stałych punktów programu, niezwykle widowiskowych, uwierz mi. Paul odwrócił się do związanego grubym sznurem pasażera i wymownie uśmiechnął się ukazując biel i pewne niedostatki w uzębieniu.
     – W lesie stacjonuje wojsko, co prawda jest już późno, jednak ostrożności nigdy nie za wiele. A prawda nie opowiedziałem ci o rudowłosej…
      Jechali przez las ciemność wieczoru rozświetlały smugi światła rzucane przez samochód, wilgoć unosząca się w powietrzu wyraźnie przypominała o nadejściu jesieni. Paul całą drogę opowiadał o zaletach nowopoznanej piękności. Była to aktorka Capitolu. Co widziała w tym grubiańskim rzeźniku, nie mógł odgadnąć, być może Stachowsky w obecności kobiet ukazywał swoją drugą, liryczną naturę...
     Podróż nie trwała długo, po drodze widzieli kontury jakiegoś pomnika. Kiedy dojechali w okolice śluzy szum wody był coraz mocniejszy. Narastał z każdym krokiem. Nasuwało to wspomnienia z wyprawy w głąb afrykańskiej dżungli i widok potężnego wodospadu który daje początek Nilowi, najdłuższej rzece czarnego lądu.
      - jesteśmy, powiedział Paul – a teraz szybciutko na górę i szoruj do przodu
     Jaz zrobił na nim wrażenie, nigdy wcześniej go nie widział, tym bardziej zwracał uwagę na każdy detal. Potężne bloki podtrzymujące kładkę na której teraz stali sprawiały wrażenie pradawnej warowni. Układ samej budowli skojarzył mu się z okrętem. Szukał w pamięci nazwy statku o podobnym kształcie mostku.
      - Szybciej krzyknął Paul, nie ma czasu na marudzenie. Słowa wyrzucił do więźnia który nieoczekiwanie wspiął się na barierkę i skoczył do wody. Spieniona Odra nieco zdziwiona z miłośnika kąpieli postanowiła się z nim zabawić. Brunatny kożuch spienionej wody przykrył głowę śmiałka. Dłuższą chwilę niczego nie było widać. Paul stał osłupiały z szeroko otwartymi oczami niedowierzając temu co się stało w ułamku sekundy
      - niech mnie kule biją – widziałeś to?
      - widziałem, odparł ale wydaje mi się, że próba ucieczki się nie powiodła. Nic prócz wirów, piany i mętnej wody nie widać. Poczekaj tu chwilę, zejdę na dól sprawdzić może jakimś cudem udało mu się dopłynąć do brzegu
      - z zawiązanymi rękami ? Nie żartuj,  chyba że nasz kawaler pracował w cyrku Bucha zaśmiał się ironicznie Paul. Jednak tak naprawdę nie do śmiechu mu było. Stracił okazję do poznania bardzo ważnych szczegółów dotyczących ludzi których szczerze nienawidził.
Minął kwadrans, stali teraz razem nad pieniącą się rzeką paląc papierosy. Chmury siwego dymu rozmywały się na tle ciemnego nieba. Cisza jaka panowała pomimo szumu toczącej się wody pozwoliła na pojawienie się długo oczekiwanej refleksji.
      - wiesz co, skoro i tak nic tu po nas, zapraszam na przejażdżkę, w końcu samochód czeka niedaleko. Pokażę ci coś po drugiej stronie miasta.
     Auto ruszyło z warkotem, pędzili teraz pustymi ulicami. po kwadransie znaleźli się na szerokiej, bogatej Strasse der SA. Okazało się że samochód ma podnoszony dach, wiatr przyjemnie owiewał im głowy. To był naprawdę ciepły, miły wieczór. Gdyby nie wydarzenia które znalazły swój epilog nie w pełni zgodny ze scenariuszem. Minęli zajezdnię tramwajową i po chwili byli na autostradzie.
     - autobahn nach Kattowitz, Paul uśmiechnął się życzliwie - spójrz na prawo
     To co zobaczył wprawiło go w osłupienie prosta a jednak swobodna forma, doskonale wpisująca się w pęd jaki towarzyszy szumiącym samochodom jadącym nie wiadomo gdzie
     - czy to nie jest jedna z możliwych dróg do  Grüssau? zapytał
     - w przeciwną stronę Przyjacielu, cała naprzód i jesteś na miejscu odparł Paul


Tym razem nie będzie pytania, wydaje mi się że propozycja konkursu się wyczerpała, chociaż aż mnie korci żeby zapytać jaki pomnik widzieli, dlaczego jaz przypomina okręt i co przykuło uwagę naszego bohatera