część trzynasta
- witaj Helmut, jak minęła podróż?
- dziękuję nie najgorzej, całe
szczęście to tylko trzy godziny, w tym słońcu miałem już mroczki przed oczami
- ach, mój drogi, gdybyś poprzedniej nocy lepiej spał z pewnością
podróż minęła by bardziej komfortowo
- dobrze wiesz, że czasami nasz komfort nie jest najważniejszy, a
wręcz mało istotny. Gdyby nie wczorajsze spotkanie przy Kürassier Strasse być
może zgoda na kolejne badania w ogóle by nie zapadła. Wież mi że gdybym tylko
mógł wrócił bym przed północą. Towarzystwo inspektora nie jest nie jest tym na
co czekam z nieskrywanym entuzjazmem.
- Dobrze już dobrze, powiedziała kobieta - mów co u naszych przyjaciół w Grüssau kiedy
przyjadą do Breslau?
Barczysty mężczyzna o zmęczonym spojrzeniu i okularach wciśniętych
głęboko na nos, wyciągnął fajkę i nabił ją tytoniem. Zapałka strzeliła jasnym płomykiem,
strużka dymu uniosła się zasłaniając przez chwilę wiszący na ścianie obraz.
Zanim odpowiedział kobiecie, usiadł wygodnie w głębokim, obitym skórą fotelu.
Przez chwilę przyglądał się z zaciekawieniem medalionowi który leżał na jego
biurku. Bogato zdobiony, prawie płaski okrągły przedmiot wirował w jego
palcach, tworząc wrażenie monety lub żetonu którym krupier rozpoczyna rozdanie.
- piękna ozdoba powiedział, do kogo należy? zapytał zapominając
o odpowiedzi na zadane pytanie
- do Very, dostała go od koleżanki, podobno pamiątka po jej babci
- koleżanka rozdaje rodzinne precjoza?
- Vera i Ingrid przyjaźnią się od dawna, są właściwie nierozłączne
- nie wiedziałem, może gdybym więcej czasu przebywał w domu znałbym
arkana życia rodzinnego naszej familii
- nie możesz mieć o to do siebie pretensji, nikt o zdrowych zmysłach
nie pchał by się tak daleko gdyby
naprawdę nie było to bardzo ważne.
Ostatnia podróż Helmuta była jedną krótszych jaką odbył w celu
pozyskania wiedzy. Poprzednie dalekomorskie podróże trwały miesiącami. Słona
woda i równikowe słońce były chlebem powszednim tego zaprawionego badacza.
Wielomiesięczna eksploracja tylko pogłębiała rozłąki z rodziną. Zacierały się wspomnienia
i powodowały coraz większe oddalenie od przyziemnych problemów jego żony i
ukochanej córki. Nie mógł wiedzieć, że Ingrid najlepsza przyjaciółka i
powierniczka Very zostaje deportowana
wraz z całą rodziną. Rodzice dziewczynki pomimo wpływowych kontaktów ojca do
dzisiaj nie wiedzą gdzie zakończy się ich exodus, znali jedynie miejsce
zbiórki. Podwórze synagogi Weißer Storch przy Wall Strasse.
- kochanie wrócimy do naszych spraw jutro rano, dziś wrócę późno, nie
będę cię niepokoił.
- jak długo cię nie będzie?
- myślę że rozmowa z Brunem zajmie mi około dwóch godzin.
Udał się szybkim krokiem w kierunku Strasse der SA, minął po drodze
postój taksówek, grupa dwudziestoparoletnich szoferów rozmawiała o czymś
niezwykle ważnym. Głośno wymieniali opinie najpewniej o tym i innym kliencie
wymachując rękoma, świetliki żarzących się papierosów zataczały koła wprawiając
w ruch ospałą ulicę. Zamyślony przeszedł na drugą jej stronę, potknął się o krawężnik i na chwilę stracił równowagę,
zakręcił pirueta tuż przy bramie i upadł
z hukiem na twardy bruk. Było to jak impuls nerwowy dla stojących obok.
Natychmiast dwóch młodych mężczyzn podbiegło z pomocą.
- dziękuję szanownym panom , nie wiem jak to się stało.
- daj pan spokój, się rozumie - człowiek w potrzebie, odparł większy i
starszy z nich, pomocna szeroka dłoń taksówkarza chwyciła go za ramię pomagając
podnieść się mężczyźnie z kolan - może pan sobie życzy dokądś
pojechać zapytał
- z chęcią, odpowiedział, w sumie zależy mi na czasie.
Wsiadł do zaparkowanego samochodu, wygodnie oparł się w miękkim siedzeniu. Przez szybę taksówki obserwował spowite wieczorną mgłą ulice, tu i ówdzie nieśmiało tliły się lampy latarni gazowych. Chodnikami przebiegali chłopcy z pakunkami. Senna atmosfera miasta działała jak najlepsze lekarstwo na skołatane nerwy. Nawet pigułki kupowane w aptece przy Kloster Strasse
nie mogły się równać z jej skutecznością. Samochód sunął ulicami, kierowca od czasu do czasu zerkał w kierunku pasażera, uśmiechając się dobrotliwie.
- szanowny pan pewnie w urzędzie pracuje, zagadnął
- nie drogi panie, biurokratyczne sprawunki nie dla mnie zostały
wymyślone, odpowiedział.
- a gdzie jeśli można wiedzieć, wydaje mi się że gdzieś pana widziałem
- pracuję na Uniwersytecie
- ooo, to znaczy się pan profesor, zaciekawił się taksówkarz, czyli że
znaczy się, raczej się nie spotkaliśmy, no
chyba że w mojej furmance uśmiechnął się taksówkarz.
Teraz kierowca jak by częściej ukradkiem zaglądał do swojego tajemniczego
pasażera. Nie mógł się oprzeć i raz jeszcze rozpoczął rozmowę
- pan historyk? Zapytał.
- nie. Odpowiedział krótko profesor, zmęczony nachalnością kierowcy
Miasto w tym czasie przechodziło przeobrażenie, zniknęły przekupki i
gońcy. Młodzi oficerowie udali się na spoczynek ze swoimi kokieteryjnie
uśmiechniętymi damami. Na ulicach pozostali żandarmi, nieliczni przechodnie i
studenci przystrojeni w korporacyjne czapeczki. Był to moment, w którym na
chwilę zapanowuje cisza. Odgłosy urządzeń i przejeżdżającego pociągu regulują
ruchem, do którego nawet ćmy podporządkowują się bez wahania. Odra szumnie
oznajmia nastanie nocy, delikatne fale rozbijają się o nabrzeże, bezdomne
zwierzęta szukają schronienia lub wypatrują ostatniej szansy na zaspokojenie
głodu przed . Miasto układa się do snu, wtula się w ciepłą kołdrę , dając
odpocząć nadszarpniętym zmysłom. Nieliczne
światła w oknach przypominają o obowiązku snu, wypoczynku przed kolejnym pełnym
trudu dniem.
Po niespełna dwudziestu minutach dojechali na miejsce, kierowca
rozradowany z wysokiego napiwku niezwykle gorliwie i wylewnie żegnał się z
„profesorkiem” jak zdążył go już nazwać w myślach.
Szeroka rzeźbiona brama przez którą wszedł otworzyła się szerokim
korytarzem i zieleńcem widocznym w tle. Schody po prawej stronie poprzedzone
uchylnymi podwójnymi drzwiami były puste.
Odczuwając trudy upadku ciężko stawiał nogę za nogą, oddychając głośno
co chwilę przystawał wpatrując się w zdobienia ścian. Drugie piętro na które
musiał się dostać wydawało się dla niego nie osiągalne. Korytarz łączący
galerię pierwszego piętra ozdobiony był nielicznymi roślinami bujnie
rozrośniętymi w ciszy i skupienia jak dają mu mury i powaga gmachu. Wyprawa na
szczyt zajęła my dobre dziesięć minut, stanął zdyszany przed drzwiami, na
których ozdobnymi literami napisane było Albert Biene profesor.
Zapukał i wszedł do środka nie czekając na zaproszenie.
- Helmut ! dobrze że przyszedłeś, siadaj, opowiadaj, jakie wieści
niesiesz zza oceanu?
- dostojny stary Tomy czuje się świetnie, badania czaszek i
uwarunkowań społecznych czynników rozwojowych idą doskonale, o tu masz wstępne
analizy – wręczył gospodarzowi teczkę zaciągniętą czarną tasiemką. Napotkał
jednak na problemy natury technicznej, okazuje się że łatwość jaką mamy w
Europie jest tylko marzeniem w Ameryce
- stara dobra Europa… Biene zamyślił
się, marszcząc przy tym nieliczne brwi.
Był to człowiek niewielki o miłym wyrazie twarzy, jednak tego dnia
wydawał się czymś zdenerwowany, nerwowo spoglądając na zegarek wydawał się
gdzieś śpieszyć. Rozmowa dotyczyła słuszności najnowszych badań zakładających
istnienie determinizmu geograficznego. Naukowcy rozważali kolejne interpretacje
badań czarnoskórych mieszkańców Nowego Jorku, próbowali wyciągać wnioski i
stawiać kolejne hipotezy warte sprawdzenia.
- w naszej szerokości geograficznej podobne do zachowań murzynów w
Afryce i czarnoskórych mieszańców dużych amerykańskich miast spotkać można u
pewnej mniejszości narodowej – konferował Helmut
- znam twoje poglądy na ten temat, ale wiesz równie dobrze jak ja, że
one się w ogóle kupy nie trzymają, cały ten determinizm w kontekście Żydów nie
ma najmniejszego poparcia w badaniach naukowych.
- jak możesz tak mówić ? jak możesz podważać dorobek naszej pracy!
- waszej pracy, uważasz że pseudonauka stosowana na potrzeby
polityczne warta jest twojego poświęcania ? Czy w tym NSDAP całkowicie wyprali
cię z rzetelności ?
- Helmut! Dość ! krzyknął nie chcę tego słuchać, tylko przez wzgląd na
długoletnią znajomość zachowam tą
rozmowę tylko dla siebie.
- Jak chcesz, zupełnie mi na tym nie zależy. Acha był bym zapomniał,
mam dla ciebie książkę którą pożyczyłem niedawno, poczyniłem już stosowne
notatki, swoją drogą piękny exlibris znalazłem w środku. Chyba twój sądząc po
obrazku. Tylko nie rozumiem co w nim oznacza data 1938 ?
Kończąc ostatnie słowo zauważył, że drzwi lekko się uchyliły. W progu
gabinetu pojawił się mężczyzna, który stojąc w cieniu lampy wyglądał jak zjawa.
- dobranoc Albercie, nie będę ci przeszkadzał, widzę że masz długo
oczekiwanego gościa
Skąd wiedział że na niego czekam pomyślał niski profesor, nic o nim
nie wspominałem. Cisza odprowadziła go do bramy głównej, po wyjściu na ulicę
poczuł, że piekący ból ściska go w okolicy mostka.
- czy miejsce jest już określone?
- tak. Nerwowo odparł profesor
- a więc gdzie ?
- w miejscu gdzie usiadła pszczoła, wcześniej przelatując obok dwóch
dat 1934 i 1935.
- ?
- tak musi być, pszczoła która urodziła się rok po tym w odległym Bischofswalde przyleciała
do reszty Bożych stworzeń tam gdzie w oddali słychać strzały i ciężki tętent koni.
Gość profesora nie ściągnął do tej pory kapelusza, jednak jego twarz
była aż nadto dobrze widoczna, odbijała się w lustrze tworząc przerażające
malowidło zniszczonej ludzkiej fizis. Zawsze kiedy go widywał przeszywał go
strach, nigdy też nie zapytał o przyczynę powstania oszpecenia. Jednak wiele
razy wyobrażał sobie jak wyglądał ten książkowy reprezentant odmiany aryjskiej
w czasach swojej młodości.
- kiedy? Zapytał mężczyzna
- pierwszy dzień po nowiu.
Grüssau - Krzeszów k/Kamiennej Góry
Tym razem były dwa pytania: gdzie spotkali się profesorowie i gdzie ma dojść do
kolejnego spotkania Braci Nowego Zakonu?
Na pierwsze pytanie bezbłędnie odpowiedział Pan Paweł wskazując na siedzibę Instytutu Antropologii PAN i Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Antropologowie wybrali sobie to miejsce dużo wcześniej, w czasie ostatniej wojny dokonywano tu pomiarów określających przynależność do konkretnej odmiany i rasy. Podczas powodzi w 1997r. pracownicy Katedry odnaleźli skrzynkę z kartami pomiarowymi dygnitarzy III Rzeszy, wszystkie pieczołowicie i bardzo efektownie opisane, niestety naukowo stanowiły dowód na wszechmocną rolę polityki w systemie nazistowskich Niemiec.
Sam gmach został zaprojektowany dla jezuitów. Powstawał według projektu Josepha Frischa w ciągu dwudziestu jeden lat między rokiem 1734 a 1755 kiedy to nastąpiło poświęcenie kaplicy Św. Józefa znajdującej się na parterze. Pierwotna nazwa tego stojącego do dzisiaj budynku brzmiała Collegium Convictorium Societatis Jezu ad S. Josephum. Pierwotnie był miejscem zamieszkania dla studentów i wychowawców Uniwersytetu.Spokój jezuici mieli zaledwie 10 lat. Niestabilna sytuacja polityczna zaowocowała zaanektowaniem przez władze pruskie parteru konwiktu dla filii banku w Bertlinie. Połączenie Uniwersytetu Wrocławskiego z Uniwersytetem frankfurckim zaowocowały zmianami na samej uczelni jak i budynku konwiktu. Tym razem bank musiał znaleźć sobie inną siedzibę, ponieważ do pomieszczeń parterowych wprowadziła się nowa kadra wrocławskiej uczelni. Był wśró nowych akademików Henryk Steffens człowiek wielu nauk i ambicji. Był zarówno filozofem, jak i fizykiem, no i oczywiście antropologiem. Tu rozpoczyna się antropologiczna przygoda dawnego konwiktu jezuickiego. Dokładnie od dziesiątego dnia mroźnego lutego 1813 roku budynek jezuicki potocznie określano domem Steffensa, stało się to po przemowie Henryka do narodu, wzywającego do stawienie oporu Napoleonowi. Zachęcał on do zaciągania się młodzieży do ochotniczego regimentu który miał pomaszerować w zwycięskiej wyprawie na Paryż.
Co do elementów zdobniczych które były później ich nie było i znowu są to na uwagę zasługuje figura św. Łucji. stojąca obecnie na dziedzińcu w miejscu dawnej studni kamiennej. Związana jest z nią dosyć ciekawa historia ale o tym innym razem...
Warto odwiedzić to zaciszne miejsce. szczególnie w upalne dni, można tam odzyskać równowagę i uspokoić skołatane nerwy. Dziedziniec otoczony jest krużgankami arkadowo-filarowymi, obecnie w całości są oszklone, dawniej były otwarte. Taki układ typowy dla włoskiej architektury "more italico" jest jak by nie było wspaniałym przykładem architektury barokowej.
Z ciekawostek nie dostępnych obecnie warto wspomnieć, że jeszcze niedawno w korytarzu po lewej stronie miejscem spoczynku strapionych studentów były siedzenia jednego z wrocławskich przedwojennych tramwajów. Piwnice skrywają obecnie niezliczoną ilość eksponatów pochodzących z wykopalisk. Przyrządy antropologiczne wykorzystywane przez studentów zdeponowane z przepastnych szafach pracowników naukowych to doskonałe pomoce naukowe pochodzące jeszcze sprzed 1945 roku. Są wśród nich szklane oczy i kosmyki włosów.
Co do drugiego pytania, to pszczoła (Biene) widoczna na exlibrisie jednego z profesorów urodziła się w 1936r. na Biskupinie jednak w międzyczasie przebyła długą drogę aby w okolicy zdominowanej przez kirasjerów dołączyć do reszty Bożych stworzeń w kościele przy Roon Strasse czyli obecnej Alei Pracy. Dokładnie rzecz biorąc przysiadła na budynku który dawniej był ewangelickim domem parafialnym obecnie jest to kościół Św. Klemensa Dworzaka. Pszczółka usiadła tuż nad żabą, przedstawienie naszej bohaterki jest bardzo podobne do tego z Biskupina. Biene wcześniej lotem błyskawicy minęła bramy kamienic projektu Richarda Konwiarza, nad wejściem obu kamienic pojawiają się daty 1934 i 1935. Ciekawe modernistyczne osiedle z kompleksowym bardzo funkcjonalnym zapleczem, warte odwiedzenia i to nie raz.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz